polskaiswiat polskaiswiat
75
BLOG

To robotnicy mieli rację, a nie "eksperci"

polskaiswiat polskaiswiat Rozmaitości Obserwuj notkę 0


Nie tylko Lech Wałęsa, nie tylko Bogdan Borusewicz, a mówiąc wprost - nie tylko Gdańsk tworzy "Solidarność"



Z dr Ewą Rzeczkowską z Katedry Historii Najnowszej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II rozmawia Paulina Jarosińska



Jak odbiera Pani wrzawę medialną wokół legend i faktów historycznych dotyczących wydarzeń Sierpnia '80 przy okazji uroczystych obchodów 30-lecia "Solidarności"?
- Na początku trzeba powiedzieć, że "Solidarność" to wyjątkowy ruch społeczny, który narodził się w wyniku Porozumień Sierpniowych. Jesienią 1980 roku powołany został pierwszy niezależny związek zawodowy, który w pierwszych latach swojej działalności zgromadził prawie 10 milionów osób. W tym roku mija 30. rocznica powstania tego wielkiego ruchu i wypadałoby, by uroczystości zorganizowane przy tej okazji były godne i pozbawione prowokacji. Jednak to, co zobaczyliśmy w mediach, można nazwać sprowokowaną awanturą. Dzięki "Solidarności" nie tylko Polska, ale i cała Europa Środkowo-Wschodnia odzyskała niepodległość. Krzywdzące jest obecnie spychanie "Solidarności" do organizacji rzekomo skrajnie upolitycznionej. Związek płaci cenę za poparcie najpierw Lecha Kaczyńskiego, a potem Jarosława Kaczyńskiego. Obraz właśnie takiej upolitycznionej "Solidarności" serwują nam obecnie media.

Wydaje się, że na margines spychani są obecnie ludzie, którzy odegrali kluczową rolę w 1980 roku, jak Andrzej Gwiazda, Krzysztof Wyszkowski, a można było odnieść również wrażenie, że Anna Walentynowicz, która w oficjalnym przekazie nie była specjalnie wspominana. Próbuje się przypisać wyłączne zasługi ludziom skupionym później wokół Unii Wolności...
- Nieobecność Andrzeja Gwiazdy, jego żony, Krzysztofa Wyszkowskiego bardzo dała się zauważyć. To są przecież osoby, które de facto tworzyły wolne związki zawodowe i należy podkreślić ich niezwykle ważną rolę w opozycji. W przekazie medialnym tak naprawdę niewiele mówiło się o Annie Walentynowicz i Alinie Pienkowskiej, które 16 sierpnia zapobiegły zakończeniu strajku. A z drugiej strony, trudno też powiedzieć, co tak naprawdę było przyczyną absencji Lecha Wałęsy. Niektórzy uważają, że wpływ na jego decyzję o nieprzybyciu na uroczysty zjazd ma przegrany proces z Krzysztofem Wyszkowskim. Trzeba podkreślić, że wielu bohaterów "Solidarności" obecnie żyje w bardzo skromnych warunkach materialnych i nie widać ich w telewizji. Nikt nie przypomina ich zasług. To nie tylko Lech Wałęsa, nie tylko Bogdan Borusewicz, a mówiąc wprost - nie tylko Gdańsk tworzy "Solidarność". Jeśli chodzi o środowisko Unii Wolności, to można obecnie zauważyć, że ludzie wokół niego skupieni wracają na scenę polityczną. Przyjrzyjmy się otoczeniu Bronisława Komorowskiego. To są przecież ludzie z rodowodem Unii Wolności. Stąd ta gwałtowna reakcja Tadeusza Mazowieckiego na słowa Jarosława Kaczyńskiego. Spór dotyczy roli doradców, czyli ludzi z autorytetem, którzy w Sierpniu '80 przybyli do stoczni i którzy według m.in. Jarosława Kaczyńskiego kierowali się ku ugodzie z władzami komunistycznymi. Niewątpliwie właśnie ci eksperci bali się radykalizmu robotników i próbowali ich tonować. Uważali, że wolne związki zawodowe to zbyt daleko idący postulat. Z perspektywy 30 lat widać, że to robotnicy mieli rację.

Układ ekspercki zamienił się później w układ okrągłostołowy, który przez wielu działaczy solidarnościowych był bardzo krytykowany, ponieważ pod jego wpływem fasada się zmieniła, ale wpływy komunistyczne zostały. Nie było przecież ani lustracji, ani żadnej ustawy dekomunizacyjnej...
- To środowisko, związane później z Unią Wolności, odegrało pewną rolę wówczas w 1980 roku. Oni tam byli, doradzali. Jakie były efekty ich działań, widzimy teraz. "Solidarność" od początku była ruchem ludzi o różnych poglądach. Na początku łączyła ich wspólna idea walki z komunizmem. Podziały mocno uwidoczniły się w 1989 roku, podczas obrad okrągłostołowych. Już samo podjęcie rozmów z komunistami krytykowała część opozycji, którą nazywa się "radykalną" i która uważała, że o reformach można będzie mówić dopiero wówczas, gdy władza całkowicie skapituluje. Żądano wyjścia wojsk sowieckich z Polski, odejścia Wojciecha Jaruzelskiego. Na porozumienia okrągłostołowe nie wyraziła zgody również część społeczeństwa polskiego, o czym świadczy wynik pierwszej tury wyborów.

Wracając do obchodów rocznicy "Solidarności": jak ocenia Pani wystąpienie Henryki Krzywonos i skuteczne uczynienie z niej w mediach jedynej sprawiedliwej, która odważyła się skrytykować Jarosława Kaczyńskiego?
- Wypowiedź Henryki Krzywonos wpisywała się w ton, który nadał premier Donald Tusk w swoim wystąpieniu. W mojej ocenie, jego wypowiedź była niedopuszczalna. Szef rządu podzielił związkowców na dobrych i złych. Zakpił z "Solidarności", pytając, gdzie podziało się te 10 milionów ludzi. Riposta Jarosława Kaczyńskiego była w tym miejscu bardzo trafna i miał on absolutne prawo przypomnieć zasługi swojego brata.

Jaka była więc rola Lecha Kaczyńskiego? Wydaje się, że nawet głosy historyków są w tej materii podzielone...
- Jest polemika, ale niewątpliwie Lech Kaczyński odegrał ważną rolę. W latach 1978-1980 organizował wykłady z prawa pracy i historii najnowszej dla robotników. W sierpniu 1980 roku był doradcą Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego, brał udział w redagowaniu Porozumień Sierpniowych. Mało tego, był szefem Biura Interwencyjnego, kierownikiem Biura Analiz Bieżących w MKS. Był delegatem na Pierwszy Krajowy Zjazd "Solidarności". W czasie stanu wojennego był internowany. Te fakty świadczą o jego ogromnym zaangażowaniu w opozycję. Wracając do wypowiedzi Henryki Krzywonos, była ona w mojej ocenie nie na miejscu. Nikt nie odbiera jej zasług, ale jej ostra krytyka była niepotrzebna i dała asumpt do kolejnych działań części działaczy dawnej opozycji, wspierających obecny rząd.

Strajk tramwajarzy rozpoczął się podobno kilka godzin przed zatrzymaniem przez nią tramwaju...
- W ostatnim Biuletynie Instytutu Pamięci Narodowej jest artykuł jednego z gdańskich historyków, w którym znalazła się informacja, że już o godz. 4.30 pracownicy węzła tramwajowego MPK w Gdańsku zaczęli strajk. Oznacza to, że w momencie, kiedy pani Krzywonos zatrzymała tramwaj, strajk już trwał. To nie dyskwalifikuje jej zasług. Ale jej wypowiedź dała - jak powiedziałam - pretekst do tego, co działo się następnego dnia, czyli listu działaczy z apelem o organizowanie rocznic "Solidarności" w kolejnych latach przez władze państwowe. Ten postulat jest gestem politycznym, ponieważ ci działacze są związani z obecnie rządzącą opcją polityczną. Jest to według mnie kolejna próba zepchnięcia "Solidarności" na boczny tor. Może mieć to taki skutek, że do głosu będzie dochodzić tylko jedna "słuszna" opcja, a jeśli ktoś raczy mieć inne spojrzenie, to znaczy, że jest "upolityczniony". Próby zawłaszczania przestrzeni wyrażania poglądów są widoczne nie tylko w "Solidarności". Osobiście spotykam się z takimi próbami w innych instytucjach życia publicznego.

Opinii publicznej udało się wmówić, że upolitycznieniem jest sympatyzowanie z inną opcją niż Platforma Obywatelska. Widać to również w przypadku Lecha Wałęsy, który powiedział wczoraj, że Lech Kaczyński był "tchórzem i bał się własnego cienia", a poza tym to tak naprawdę nie odegrał żadnej roli. Dlaczego Lech Wałęsa z uporem powtarza coś, co - jak Pani powiedziała - nie jest prawdą?
- Często jest tak, że nie wiadomo, o co dokładnie chodzi Lechowi Wałęsie, i dlatego trudno go komentować. Moim zdaniem, to wynika z walki o pamięć o Lechu Kaczyńskim. Jarosław Kaczyński stara się pielęgnować pamięć o swoim tragicznie zmarłym bracie. Wpisuje się w to również walka o krzyż i postulat wybudowania pomnika przed Pałacem Prezydenckim. To jest również walka o pewną wizję Polski. Lech Wałęsa nie może pozwolić na to, aby jego zasługi były umniejszone poprzez podkreślanie zasług Lecha Kaczyńskiego. Stąd wynikają jego niefortunne czy wręcz niezrozumiałe wypowiedzi. Mamy tu do czynienia nieustannie z walką o pamięć.




 

Chcielibyśmy pokazać, jak bardzo kastowy charakter ma dzisiejsza Polska, jak wielu ludzi „trzymających władzę”, i to nie tylko w polityce, ale również i w mediach (a to media są dziś „pierwszą władzą, to ludzie wywodzący się ze starych skompromitowanych kręgów komunistycznych, często najgorszego stalinowskiego chowu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości