Nasz Dziennik.
Ciąg dalszy . . .
Jad z politycznych trybun oznacza przyzwolenie na morderczą jadowitość mediów i internetu

Kadencja Rady Etyki Mediów z Magdaleną Bajer na czele upływa w listopadzie. Jak potoczą się losy tego kontrowersyjnego gremium?
Nie traktuję swojego odejścia z Rady Etyki Mediów - razem z Teresą Bochwic - w kategoriach protestu, demonstracji czy odwagi, wbrew dziesiątkom telefonów, SMS-ów i e-maili, które dostaję od poniedziałku. I wbrew podszeptom ego, by tak właśnie to widzieć. To raczej porażka, uczucie melancholii. Żadnej satysfakcji.
Mam nadzieję, że podobnie odbiera to zdarzenie wiceprzewodniczący REM pan Maciej Iłowiecki, którego zawsze chętnie czytam i często podziwiam. Mam nadzieję, że podobnie odczuwają to inni członkowie Rady. Myślę, że tak to odbiera Teresa Bochwic.
Uczestnicząc w pracach Rady, wiele się nauczyłem o meandrach funkcjonowania mediów w Polsce. Mam jednak wrażenie, że nie byłem tam "na swoim miejscu" i że członkowie Rady nie traktowali mnie całkiem serio (choć nie wszyscy). Może jako "człowieka z Łodzi", może dlatego, że nie jestem obecnie czynnym dziennikarzem, a może dlatego, że czasem formułowałem niezgodne z ich "mapą świata" opinie. Na przykład, ku ich zdziwieniu, broniłem z Teresą Bochwic prawa Jana Pospieszalskiego do przedstawienia głosu ulicy, kiedy Polska na nowo oceniała zmarłego prezydenta w czasie żałoby. Niezależnie od tego, co mówiła "ulica", prawo to wydawało się tak naturalne, tak elementarne, a jednak okazało się tak trudne do zaakceptowania. A przecież, jak to ktoś powiedział: "Nie zgadzam się z twoimi poglądami, ale jestem gotów oddać życie, byś mógł je głosić!". Wydaje mi się, że nie trzeba od razu oddawać życia, w praktyce wystarczy poszanowanie dla pluralizmu i demokracji oraz umiejętność dyskusji.
Próbuję zrozumieć stanowisko moich (byłych) kolegów: myślę, że zanurzeni w swoich środowiskach i poglądach po prostu nie umieli wyjść z siebie, stanąć obok i wczuć się w traumę drugiej strony. Jest to łatwe i trudne zarazem, trudne zwłaszcza gdy trzeba zobaczyć wiele starych spraw w nowym świetle. Oczywiście, często było "przyjemnie i pożytecznie", gdy zgodnie wyrażaliśmy opinie, komentując problemy zgłaszane przez różne środowiska. Byłem wtedy pożądanym czynnikiem jednomyślności. Jednak pluralizm sprawdza się w innych, bardziej "kontrowersyjnych" okolicznościach.
Kwestia zaplecza, siły przebicia? Pewnie tak. W REM byłem "tylko" łodzianinem, choć bez kompleksów. Żyjąc problemami mojego miasta, z niego czerpię inspiracje i chęć do życia. Jestem mu za to wdzięczny. Warszawa, jej środowiska i problemy zawsze były jakoś oddalone i zakryte przede mną - jak wrota Sezamu albo jak drzwi Morii przed Drużyną Pierścienia. Te drzwi rzadko się otwierają. A jeśli już to się szczęśliwie zdarzy, to dochodzi wtedy do tzw. łódzkiego desantu. Publiczność w Łodzi zaczyna się wówczas zastanawiać, czy coś z tego będzie miała...
Właśnie w tych dniach odmówiono naszemu miastu dalszej obecności w gronie pretendentów do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Zapewne wachlarz łódzkich motywacji, by się o ten tytuł dobijać, był szeroki - od szczerej pozytywistycznej pasji, poprzez naturalną chęć samorealizacji lub troski o własne interesy, aż po nadmiernie wybujałe ambicje i egoizm. Teraz zbyt wielu łodzian z powodu wyolbrzymianej porażki odczuwa małostkową satysfakcję: "A nie mówiłem!". Nie jest jednak tajemnicą, że sporo Polaków podtrzymuje swoje dobre samopoczucie dzięki metodzie poniżania własnego państwa lub przynajmniej miasta. Kiedy ktoś wszystkim dookoła pogardza, wydaje mu się, że jest "lepszy". Błąd. Złudzenie. W rzeczywistości zapada się coraz niżej i głębiej, przygnieciony pychą (matką wszystkich grzechów).
Dlatego osobiście solidaryzuję się z ludźmi, którzy solidnie odrobili lekcję w sprawie Europejskiej Stolicy Kultury, a teraz mówią: no cóż, trzeba przestawić zwrotnice na inny tor i pchać ten wózek dalej. Właśnie tym ostatnio żyliśmy w Łodzi... Do wtorku, do czasu strzelaniny w lokalu partyjnym.
Aż poleje się krew
Straciliśmy w niej coś znacznie ważniejszego niż spodziewane granty z tytułu Europejskiej Stolicy Kultury. Straciliśmy niewinność, mimo że sprawca (na szczęście) nie był z Łodzi. Straciliśmy też resztki złudzeń (choć to ostatnie jest na razie nieuświadomione). Znów zginął niewinny człowiek będący w pracy! Drugi mężczyzna, ciężko ranny w tym tragicznym zajściu, przeszedł poważną operację. Ta śmierć, ta strzelanina w jakiś namacalny i nieznośny sposób łączy się dla mnie z minionym półroczem, które dla wielu uzyskuje już jakiś apokaliptyczny status. Mnie uświadamia - proszę wybaczyć osobisty ton i patos - jak lekko, jak beztrosko, w jak mało odpowiedzialny sposób traktujemy nasze obowiązki wobec zapowiedzianej, obiecanej wieczności. Jakby to było nic, jakiś łach.
Na jednym z forów internetowych można było krótko po łódzkiej tragedii przeczytać wpis, przerażający w gruncie rzeczy (za jego zacytowanie z góry przepraszam): "To on musiał przyjechać do Łodzi aż z Częstochowy? Nie miał swojego PiS-u w Częstochowie?".
Oto miara dzisiejszego upadku: internetowe fora - miejsce wyżycia się, poligon degrengolady moralnej. Nowa edycja "czasów pogardy". Bezpieczna strefa, gdzie można bezkarnie przerabiać na mydło pojedynczych ludzi i całe środowiska, gdzie można gardzić, szydzić i judzić. Aż poleje się krew. Być może kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, w innej epoce, historycy doliczą się, kto, ile i jakie mordercze wpisy na tych forach umieścił. Może zdołają dociec, kto zaczął nakręcać tę spiralę grzechu? Bo jeśli już dziś nie ulega wątpliwości, że obrazy przemocy w mediach czy w grach komputerowych tę przemoc w ludziach wzmagają (zwłaszcza u młodych), to czy można mieć złudzenia, że jad z politycznych trybun nie oznacza przyzwolenia na morderczą jadowitość mediów, internetu i ulicy?
Mam przyjaciół w Łodzi (tak zwanych zwykłych ludzi), którzy rozmyślając o katastrofie smoleńskiej, o kolejnych powodziach i o wypadku pod Nowym Miastem nad Pilicą, a ostatnio o przerażającym zabójstwie byłego wiceministra i o morderstwie w lokalu PiS, pytają: "Co się dzieje z tą Polską?", albo: "Czy to już będzie koniec świata?". W tym drugim pytaniu słychać nutkę nadziei. Jest to powszechne zjawisko (to odczucie schyłku), tyle że mainstream się nim nie zajmuje, więc sądzimy, że ma ono marginalny charakter. A jednak te słowa prostych ludzi, te poruszenia duszy ukazują nam - w fatimskim duchu - jak na nowo mamy odkrywać nadzieję, wierzyć, kochać, modlić się i zło dobrem zwyciężać. Jakkolwiek trudne wydaje się to w pierwszej chwili.
Autor jest publicystą, aktorem, animatorem kultury, działaczem społecznym. Członkiem Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, współorganizatorem ogólnopolskich konferencji "Dziennikarz między prawdą a kłamstwem". Mieszka w Łodzi.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)