Nasz Dziennik informuje .: Poniedziałek, 29 listopada 2010, Nr 278 (3904)
Smoleńsk nie jest zwykłym "wypadkiem"

Scott J. Bloch urodził się w 1958 roku w Nowym Jorku. Jest prawnikiem, w latach 1986-1991 wykładał na Uniwersytecie Kansas. W administracji George'a W. Busha pracował w Departamencie Sprawiedliwości na stanowisku zastępcy dyrektora. W latach 2003-2008 stał na czele US Office of Special Counsel, podlegającej bezpośrednio prezydentowi instytucji zajmującej się ochroną praw funkcjonariuszy państwowych przed różnymi formami dyskryminacji i niesprawiedliwym traktowaniem. W efekcie masowej krytyki, głównie ze strony środowisk homoseksualistów, został zmuszony do rezygnacji na kilka miesięcy przed upływem kadencji. Z powodu katolickich przekonań realizowanych w działalności publicznej naraził się na liczne ataki oraz szereg procesów sądowych. Obecnie prowadzi kancelarię prawną w Waszyngtonie. Z żoną Catherine mają siedmioro dzieci
Co chciałbym powiedzieć Polakom w sprawie smoleńskiej? Nie rezygnujcie, walczcie. Prędzej czy później prawda wyjdzie na jaw, niezależnie od tego, jaka by nie była trudna i dla wielu nie do przyjęcia
Ze Scottem Blochem, doradcą prezydenta Stanów Zjednoczonych George'a W. Busha, rozmawia Piotr Falkowski
W Polsce wciąż żywa jest pamięć o katastrofie samolotu z prezydentem Lechem Kaczyńskim na pokładzie, która wydarzyła się 10 kwietnia. Jej okoliczności są bardzo niejasne, a sposób prowadzenia śledztwa zarówno przez Rosjan, jak i polską prokuraturę budzi wiele zastrzeżeń. Wiemy, że to wydarzenie odbiło się szerokim echem także za oceanem...
- Będąc teraz w Polsce, widziałem wiele miejsc związanych z tą katastrofą, przede wszystkim grób Lecha Kaczyńskiego w katedrze królewskiej w Krakowie, a także miejsca upamiętniające to wydarzenie w Warszawie. Wiem, że wasz prezydent, który wtedy zginął, był wielkim człowiekiem, katolikiem i przyjacielem Ameryki, szczególnie tej administracji, dla której i ja pracowałem. Rozmawiałem z wieloma ludźmi o tym, co się stało 10 kwietnia, i wszystko jest uderzająco podejrzane. Nie znam wszystkich szczegółów, ale to, czego się dowiaduję, jest bardzo przykre.
Jaka byłaby rekcja Stanów Zjednoczonych, gdyby ofiarą analogicznej katastrofy padł prezydent USA z gronem najważniejszych urzędników państwowych?
- Gdyby coś podobnego wydarzyło się w Stanach Zjednoczonych, wszczęto by wielkie śledztwo. Zostałyby mianowane prominentne i wiarygodne osoby do nadzoru nad jego prowadzeniem, na przykład sędziowie Sądu Najwyższego. Po zamachu na prezydenta Kennedy'ego pracowała Komisja Warrena, złożona z prawników i polityków, która po prawie dwóch latach przygotowała specjalny raport. Są ludzie, którzy uważają, że nie ujawniła ona wszystkiego.
Zakładając omnipotencję prokuratury, co można zrobić, żeby sprawa została wyjaśniona do końca?
- Mamy do czynienia ze sprawą o wielkim znaczeniu. Nie wydarzył się zwykły wypadek. Katastrofa polskiego samolotu dotyczy osób na najwyższym szczeblu władzy i ma różnorakie konsekwencje o wielkim zasięgu. Dotyczy wszystkich obywateli, bo wpłynęła na ich państwo, na oblicze władzy. Nie można jej traktować tak jak każdego wypadku w komunikacji. Moje doświadczenie nigdy nie dotyczyło spraw na tak wysokim poziomie, ale wielokrotnie zlecałem prowadzenie dochodzeń, a także nadzorowałem śledztwa związane ze sprawami, którymi zajmował się mój urząd, i zdaję sobie sprawę z tego, jak trudno jest przeciwstawić się silnym grupom nacisku, którym zależy na skierowaniu sprawy zgodnie z ich interesem. Tak więc trudno się dziwić, że kiedy głośno mówi się o czyichś błędach, zaniedbaniach albo nadużyciach, można samemu stać się ofiarą nagonki posuniętej do przemocy. Zostać ośmieszonym, okrzykniętym mianem fanatyka albo niezrównoważonego psychicznie.
Rzeczywiście niezależne głosy na temat tej katastrofy tak są u nas traktowane. Czy Amerykanie pozwoliliby na totalną blokadę informacyjną, pozostawienie kluczowych dowodów na terenie obcego państwa i powierzenie mu śledztwa?
- Kiedy rozmawiałem o tym z prezydentem albo przedstawiałem różne sprawy w Kongresie, ważnym czynnikiem był publiczny wymiar problemu - wtedy, kiedy politycy zdają sobie z tego sprawę, zupełnie inaczej go traktują. Społeczeństwo ma prawo znać swoje prawa jako "strony" w każdym postępowaniu rządowym. Do tych praw należy dostęp do informacji i traktowanie na równych prawach. Wizyta waszych polityków w Waszyngtonie [mowa o spotkaniach Anny Fotygi i Antoniego Macierewicza z członkami Kongresu w ubiegłym tygodniu - red.] może wiele pomóc w międzynarodowym odbiorze sprawy. To, co chciałbym powiedzieć Polakom w tej sprawie: nie rezygnujcie, walczcie. Czy wkrótce, czy później przyjdzie rozwiązanie, wydarzy się coś dobrego i prawda wyjdzie na jaw, niezależnie od tego, jaka by nie była trudna do przyjęcia dla wielu.
Dziękuję za rozmowę.
Druga notatka Agencji Wywiadu
Chodzi o to, by opinia publiczna zajmowała się przez długi czas wymyślonymi teoriami, które łatwo wyśmiać. Dezinformacja jest skuteczną bronią
Prokuratura sprawdza, kto mógł wytworzyć dokument z logo Agencji Wywiadu i wprowadzić go do obiegu. Notatka zawiera sensacyjną relację rzekomego autora słynnego filmu nakręconego na miejscu katastrofy w Smoleńsku, który miał słyszeć strzały i twierdzi, że być może dobijano rannych. Prokuraturę zawiadomił szef Agencji Wywiadu. Jak ustalił "Nasz Dziennik", jest jednak jeszcze jedna notatka. Według niej Amerykanie dysponują satelitarnym zapisem końcówki lotu Tu-154M aż do jego tragicznego zakończenia.
Czy ktoś próbuje manipulować opinią publiczną i pozbawić wiarygodności słynny film nagrany na miejscu katastrofy w Smoleńsku telefonem komórkowym? Sprawą zajmuje się prokuratura, która na wniosek szefa Agencji Wywiadu gen. Macieja Huni sprawdza, kto mógł wytworzyć dokument z jej logo i wprowadzić go w obieg? Notatka zawiera sensacyjną relację rzekomego autora słynnego filmu, który miał słyszeć strzały, widzieć biegających funkcjonariuszy i twierdzi, że być może dobijano rannych.
Choć dokument ten znany jest już od maja, to dopiero dziś dowiadujemy się o śledztwie w tej sprawie. W sobotę poinformowała o tym "Rzeczpospolita". Według gazety, szef Agencji Wywiadu zaczął wątpić w prawdziwość tej notatki i skierował sprawę do prokuratury. Co więc zawiera tajemniczy dokument? Według notatki, datowanej na 14 kwietnia br., a więc sporządzonej tuż po katastrofie, jeden z oficerów Agencji Wywiadu, podając się za pracownika prokuratury wojskowej, miał rozmawiać z Andriejem Menderejem, domniemanym autorem słynnego filmu nagranego telefonem komórkowym na miejscu katastrofy. "Jest przekonany, że po upadku Tu-154M, a przed włączeniem syren alarmowych widział funkcjonariuszy OMON, którzy biegali wokół wraku samolotu i strzelali. Jego zdaniem, wyglądało to jak dobijanie rannych" - czytamy w notatce. Według widniejącego na niej tzw. rozdzielnika miała ona trafić m.in. na biurko szefa Agencji Wywiadu, a także pełniącego wówczas obowiązki prezydenta Bronisława Komorowskiego, premiera, prokuratora generalnego i szefa ABW.
Jak jednak ustalił "Nasz Dziennik", jest jeszcze druga, bardzo podobna notatka, przygotowana prawdopodobnie pod nazwiskiem tego samego oficera. Tym razem na dokumencie Agencji Wywiadu datowanym na 29 kwietnia br. jej pracownik informuje, że "w trakcie spotkania formalnego uzyskał od Rozmówcy informację, że lot samolotu Tu-154M z dnia 10.04.2010 roku został zarejestrowany przez satelitę rozpoznawczego [w tym momencie następuje zakreślenie tożsamości urządzenia - red.] na odcinku od granicy przestrzeni powietrznej [zakreślenie - red.] do miejsca katastrofy w pobliżu lotniska Siewiernyj". Dalej oficer informuje, że według jego rozmówcy nagranie pozwala odtworzyć m.in. szczegółowy tor lotu w ostatnich minutach przed katastrofą. Co więcej, został też poinformowany, że Centralna Agencja Wywiadowcza gotowa jest udostępnić stronie polskiej nagranie zarejestrowane przez satelitę, jeśli na drodze formalnej zwróci się o to prokuratura.
Według widniejącego na obydwu dokumentach tzw. rozdzielnika miały one trafić m.in. na biurko szefa Agencji Wywiadu, a także pełniącego wówczas obowiązki prezydenta Bronisława Komorowskiego, premiera, prokuratora generalnego i szefa ABW.
- Nie pamiętam takiej sytuacji, aby dokument czy notatka napisana przez jakiegoś oficera zostały rozesłane do prezydenta, premiera, prokuratora generalnego czy szefa innej służby specjalnej. To jest nieprawdopodobne, nie ma takiego zwyczaju i zabraniają takich zachowań przepisy wewnętrzne - tłumaczy były szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Bogdan Święczkowski. Jak podkreśla, pragmatyka jest jedna: wszelkie dokumenty wychodzące poza Agencję do kierujących naczelnymi i centralnymi organami władzy są podpisane przez szefa służby lub ewentualnie przez jego zastępcę. Tymczasem to sam szef AW zgłosił sprawę do prokuratury.
- Dlatego już sam rozdzielnik pokazuje, że najprawdopodobniej notatka ta nie jest autentyczna - uważa Święczkowski. Jego zdaniem, zupełnie inaczej wygląda symbol Agencji Wywiadu widniejący na jej oficjalnej stronie internetowej, a inaczej na dokumentach przesyłanych drogą oficjalną. Podobnego zdania jest Maciej Wąsik, były zastępca szefa CBA.
- Nie wątpię, że ta notatka jest nieprawdziwa. I właśnie dlatego została upubliczniona - ocenia. Komu więc miałoby zależeć na kolportowaniu fałszywych dokumentów?
Według Bogdana Święczkowskiego, to klasyczna próba dezinformacji.
- Jeśli w pewnym momencie pojawi się przeciek zupełnie prawdziwy i wiarygodny, to większość z góry będzie zakładała, że jest to kolejna fałszywka. Uderza to, moim zdaniem, głównie w tych wszystkich, którzy w sposób rzeczywisty dążą do wyjaśnienia przyczyn i okoliczności katastrofy. W tym wypadku najprawdopodobniej chodzi o ich dyskredytację - tłumaczy były szef ABW.
Także Maciej Wąsik uważa, że ktoś zrobił to po to, by skierować zainteresowanie opinii publicznej na fałszywy trop i skompromitować te wersje katastrofy, które odbiegają od lansowanej przez Rosję tezy o winie polskich pilotów.
- Chodzi o to, by opinia publiczna zajmowała się przez długi czas wymyślonymi faktami, które łatwo wyśmiać. Dezinformacja jest skuteczną bronią - zaznacza.
Nasi rozmówcy są zdania, że na przykład dla służb rosyjskich, które mogą być zainteresowane takim odbiorem sprawy, zorganizowanie i zrealizowanie tego rodzaju prowokacji jest chlebem powszednim. A jeśli chodzi o dezinformację, to właśnie rosyjskie służby się w niej specjalizują i odnoszą duże sukcesy.
Antoni Macierewicz uważa, że bardzo niefortunne jest także włączenie do kontekstu tej publikacji informacji o słynnym filmie nagranym telefonem komórkowym na miejscu katastrofy. W jego tle wyraźnie słychać strzały i okrzyki. Jak podkreśla, jego pierwotna wersja, którą widziały miliony internautów, to ta sama, którą badała ABW i potwierdziła jego autentyczność, a także brak ingerencji w jego zapisie. Były szef Wojskowych Służb Informacyjnych insynuuje, że notatka ta została sprokurowana "przez ludzi, którzy służą partiom politycznym, a nie krajowi". Oczywiście adresatem tego zarzutu są oficerowie, którzy do świata służb specjalnych przyszli po likwidacji WSI lub w czasie, gdy kontrolę nad ich cywilną częścią, a więc ABW i Agencją Wywiadu, sprawowali ludzie nominowani przez premiera Jarosława Kaczyńskiego.
Maciej Walaszczyk
Dziwna gra
Z Antonim Macierewiczem, byłym szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego i przewodniczącym parlamentarnego zespołu ds. wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej, rozmawia Maciej Walaszczyk
"W służbach są ludzie, którzy służą partiom politycznym, a nie krajowi" - mówi gen. Marek Dukaczewski, były szef Wojskowych Służb Informacyjnych. Sugeruje, że z powodów politycznych oficerowie, którzy przyszli do służby po 2000 roku, fałszują dokumenty związane ze śledztwem smoleńskim. To też zarzut pod Pańskim adresem.
- Odczytuję to raczej jako samoocenę pana Dukaczewskiego reprezentującego złe tradycje komunistycznych służb specjalnych. Przywołanie jego opinii w materiale redaktorów Piotra Nisztora i Krzysztofa Galimskiego jest o tyle dziwne, że pan Dukaczewski nie jest specjalistą od procedur i dokumentów cywilnych służb specjalnych. Całe życie związany był ze służbami wojskowymi, w których nomenklatura, formularze i instrukcje kancelaryjne są zupełnie inne niż te, które obowiązują w służbach cywilnych.
Ale dlaczego rzuca podejrzenie, że ktoś w służbach fałszuje dokumenty, po to, by wspierać w ten sposób PiS? Bo takie jest w rzeczywistości drugie dno tej publikacji.
- Nie wiem, co chce insynuować pan Dukaczewski. Ale ponieważ nie zna się na meritum - więc jego opinie cytowane w tekście mają jedynie znaczenie polityczne. Dziwi mnie dezinformacja, z jaką mamy do czynienia w artykule opublikowanym na łamach "Rzeczpospolitej".
Jaka dezinformacja?
- Obaj dziennikarze znają ekspertyzę ABW sporządzoną po 19 kwietnia, a dotyczącą słynnego filmu nagranego telefonem komórkowym tuż po katastrofie w Smoleńsku. Ekspertyza ta potwierdza, że nagranie zawiera krótkie wypowiedzi kobiet i mężczyzn w języku rosyjskim oraz wypowiedzi mężczyzn w języku polskim. Autorzy artykułu sugerują czytelnikom, że ekspertyza "niczego nie wyjaśniła". Tymczasem kluczowe zdanie ekspertyzy stwierdza, iż w nagraniu "nie znaleziono dowodów na dokonywanie ingerencji w ciągłość zapisu". A to oznacza, że należy ten film traktować jako ważne świadectwo wydarzeń, jakie nastąpiły zaraz po katastrofie. Ważne - choć ekspertyza ABW nie rozstrzyga, jakie wydarzenia zostały na nim przedstawione i czy nagrane dźwięki to strzały z broni palnej.
Film bada przecież prokuratura wojskowa.
- No właśnie, bada już ósmy miesiąc zapis, który trwa zaledwie 1 minutę i 24 sekundy. Ten film obejrzało w internecie i skomentowało miliony ludzi. Fakt, że do tej pory ani śledczy rosyjscy, ani polska prokuratura nie ustalili, co ten film tak naprawdę przedstawia, rodzi podejrzenia. A publikacja w "Rzeczpospolitej" wpisuje się w tę atmosferę. Ten film jest jedną z większych zagadek związanych z tragedią smoleńską...
A czy, Pana zdaniem, notatka służbowa anonimowego oficera wywiadu, o której również napisano, że jest falsyfikatem, jest prawdziwa?
- Znam tę notatkę tylko z opisu, nie mam więc możliwości ocenić, czy jest prawdziwa, czy fałszywa. Szkoda, że jej fotokopia nie została opublikowana na łamach gazety. Co więcej, z tekstu wynika, że autorzy jej nie widzieli, a tylko ich "eksperci". Tyle że jedynym "ekspertem", którego przywołują, jest Dukaczewski. Wygląda więc na to, że to on jest autorem tej wiadomości i całego zamieszania mającego zdezawuować wartość dowodową filmu 1'24. Dodajmy, że absurdem jest stwierdzenie, iż "Agencja Wywiadu podejrzewa, że notatka jest sfałszowana". Agencja Wywiadu z pewnością musi wiedzieć, czy notatka jest prawdziwa, czy sfałszowana. Zawiera przecież podobno szczegóły operacyjne, m.in. nazwisko oficera, który jest jej autorem. W tej sytuacji gen. Hunia musi wiedzieć, czy notatka jest prawdziwa, czy też nie. Artykuł pełen jest insynuacji, niekonsekwencji i chaosu. Jedynym oczywistym jego celem jest próba zdezawuowania dowodu, jakim jest film 1'24.
Dziękuję za rozmowę.
Dziś 29 listopada, 
w Radiu Maryja i w Telewizji TRWAM godz. 18:15
pos. Antoni Macierewicz - przewodniczący komisji sejmowej do spraw katastrofy smoleńskiej
Część II w Radiu Maryja, godz. 21:40.
Rozmowy Niedokonczone, będzie można zamówić na plytach DVD.



Komentarze
Pokaż komentarze (1)