Poniedziałek, 13 grudnia 2010, Nr 290 (3916)
Z Ewą Błasik, żoną generała Andrzeja Błasika, dowódcy Sił Powietrznych RP, który zginął w katastrofie rządowego samolotu nieopodal Katynia, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Dowództwo Sił Powietrznych po prawie ośmiu miesiącach, w odpowiedzi na pytania "Naszego Dziennika" uznało, że czymś haniebnym jest wysuwanie jakichkolwiek oskarżeń pod adresem załogi Tu-154M i Pani męża o świadome spowodowanie katastrofy.
- Muszę przyznać, że bardzo ucieszył mnie fakt, że po tak długim czasie Dowództwo Sił Powietrznych pod wodzą pana generała broni pilota Lecha Majewskiego przerwało milczenie i solidaryzuje się na łamach "Naszego Dziennika" z oskarżaną załogą i moim mężem. Szkoda tylko, że wtedy, kiedy była największa medialna nagonka na mojego męża, gdy pojawiały się raniące mnie i moją rodzinę - niemalże takim samym ciosem jak śmierć męża - artykuły zarówno w prasie rosyjskiej ("Izwiestija" - "Śmiertelnym lądowaniem dowodził dowódca Sił Powietrznych Polski") czy polskiej ("Super Express" - "Mój syn nie zabił Prezydenta!"), pan generał Majewski nie zadzwonił do mnie ani też nie sprzeciwił się tym bezpodstawnym oskarżeniom. A przecież bardzo dobrze znał mojego męża i domyślam się, że nigdy nie przypuszczał, że mógł on siedzieć za sterami tupolewa czy wydać rozkaz lądowania. Pan, Panie Generale Majewski jest po śmierci mojego męża najważniejszym generałem i pilotem w Siłach Powietrznych i szczególnie od Pana oczekiwałam wsparcia.
Jednak w obronie dobrego imienia Pani męża zabierało głos wiele osób, w tym zawodowych pilotów.
- Oczywiście, jest to dla mnie niezmiernie ważne. Bardzo dziękuję redakcji "Naszego Dziennika", że od dłuższego czasu staje w obronie honoru mojego męża, że w sposób profesjonalny, bez okrutnej manipulacji przeprowadza wywiady z merytorycznie kompetentnymi osobami. Z całą pewnością jest to dobra droga do prawdy, do zrozumienia tego, co realnie mogło dziać się 10 kwietnia na pokładzie samolotu Tu-154M. Czuję wsparcie wśród pokolenia mojego męża i środowiska wspaniałych młodych pilotów z F-16 i herculesów, którzy są przyszłością naszej Ojczyzny. Mam wspaniały kontakt z ich żonami, wiem, że są ze mną. Chociaż publicznie w obronie mojego męża nie stanął ani Sztab Generalny, ani nie uczyniło tego Ministerstwo Obrony Narodowej, to muszę przyznać, że w tych okrutnych dla nas chwilach, osobiście dzwonił i wspierał mnie duchowo minister obrony narodowej Bogdan Klich. W stałym kontakcie telefonicznym ze mną i z moim teściem był również zastępca Szefa Sztabu Generalnego pan generał broni Mieczysław Stachowiak.
Czego oczekuje Pani dziś od Dowództwa Sił Powietrznych?
- Z tego, co wyczytałam w "Naszym Dzienniku" w artykule "Generał Majewski o hańbie linczu na pilotach" z 3 grudnia 2010 r., dowództwo kontynuuje program osłonowy rodzin żołnierzy, którzy ponieśli śmierć w czasie wykonywania obowiązków służbowych, wprowadzony przez mojego męża. Myślę jednak, że z tymi wiązankami kwiatów, o których mowa w tekście, które składa się przed pomnikiem męża, to przesada. Przynajmniej na grobie mojego męża nikt do tej pory nie widział żadnego kwiatka z Dowództwa Sił Powietrznych. Wprawdzie nie o kwiaty, a o pamięć tu chodzi, dlatego też w imieniu mojego generała składam podziękowania panu generałowi Majewskiemu, że osobiście przed uroczystością Wszystkich Świętych zapalił znicz na jego grobie. Wiem też, że stojąc na Powązkach, powiedział, iż teraz będą robili wszystko, aby takich katastrof już więcej nie było. Mimo że zdaję sobie sprawę, iż - jak mówił były minister obrony narodowej Janusz Onyszkiewicz - wojsko to nie klub dyskusyjny, to mimo wszystko dla dobra przyszłych pokoleń Sił Powietrznych zamierzam zapytać szczególnie generałów z pokolenia pana generała Majewskiego, byłych szefów Sztabu Generalnego, ministrów, a przede wszystkim parlamentarzystów, co robili przez ponad 21 lat w wolnej Polsce, żeby przyszłe pokolenia lotników już nigdy więcej nie musiały zdobywać doświadczenia pisanego krwią? Dlaczego mój mąż, jako najmłodszy w historii Polski dowódca Sił Powietrznych, zebrał razem z panem ministrem obrony narodowej Bogdanem Klichem tak krwawe żniwo w postaci tylu katastrof lotniczych?
Jak Pani odebrała nominację generała Majewskiego na dowódcę Sił Powietrznych?
- Doskonale wiemy, że bez spojrzenia w przeszłość nie da się stworzyć dobrej przyszłości. Myślę, że to właśnie miał w zamyśle obecnie urzędujący pan prezydent Komorowski, powołując na stanowisko dowódcy Sił Powietrznych tak "doświadczonego" i starszego wiekiem generała broni Lecha Majewskiego. Całe polskie lotnictwo miało nadzieję, że nie wrócą już złe czasy, a dobre rzeczy, które wprowadził do Polskich Sił Powietrznych mój mąż, będą kontynuowane. Tymczasem każdy wie, że w tej chwili do dowództwa Sił Powietrznych wróciło to, co już nie powinno wrócić, bo było złe. Ubolewam nad tym, że obecnie w dowództwie prawą ręką nowego dowódcy Sił Powietrznych jest szef Oddziału Wychowawczego Dowództwa Sił Powietrznych. Nie znam życiorysu tego pana, ale tok jego myślenia i działania z całą pewnością przypomina postępowanie tzw. betonowych oficerów politycznych z epoki Edwarda Gierka. Wróciło więc stare do dowództwa, bo pan generał Majewski obstawia się lojalnymi, ale niekompetentnymi i niereformowalnymi pułkownikami.
30 listopada br. odeszło do cywila wielu świetnie wyszkolonych pilotów. Nie chcieli pracować z generałem Majewskim?
- Nie pamiętam, żeby którykolwiek z dowódców z taką precyzją wymieniał kadrę. Boli mnie serce, gdy patrzę, że odchodzą z Sił Powietrznych tak wspaniali piloci, jak płk pil. Wojciech Stępień, który był niemalże prawą ręką mojego męża. Pułkownik wspaniale sprawdzał się zarówno w Polsce, jak i Stanach Zjednoczonych, był językowo bardzo kompetentny, a Amerykanie darzyli go wielkim szacunkiem. Jestem więc zaniepokojona tym, że znowu odchodzą z wojska tak doświadczeni i otwarci ludzie, ze światłym umysłem. To właśnie tacy piloci z nowego pokolenia powinni nas w tej chwili reprezentować, gdy jesteśmy w NATO.
Mundur Pani męża został w końcu wniesiony do Sali Tradycji Dowództwa Sił Powietrznych...
- Tak, niezmiernie się cieszę, że w wyniku artykułów, w których zabieram głos, 25 listopada w Sali Tradycji Dowództwa Sił Powietrznych został utworzony kącik pamięci ofiar katastrofy smoleńskiej i że w gablocie stoi również mundur mojego męża. Cieszę się, że te artykuły pomogły, by tak się stało. W tej chwili jest tak, jak być powinno. Oczywiście nie mam zamiaru poprzez redakcję "Naszego Dziennika" załatwiać spraw, które dawno powinniśmy załatwić między sobą, ale na pewno te artykuły były potrzebne. Nadal wierzę, że rodzina lotnicza jest tak hermetyczną grupą, że powinniśmy zawsze się wspierać i być razem, szczególnie w chwilach tragicznych. Cieszę się, że w końcu Dowództwo Sił Powietrznych zrozumiało, jak powinno postępować. W mojej ostatniej rozmowie telefonicznej z generałem Majewskim powiedziałam mu, żebyśmy się nawzajem szanowali. W tej chwili jestem tylko wdową po generale, ale mój mąż był naprawdę bardzo znaczącym dowódcą, więc jakiś szacunek po jego śmierci mi się należy. Mam też nadzieję, że zaproszenie mojego męża na pokład Tu-154M, które dostał od pana prezydenta, a o które proszę już od kilku miesięcy Dowództwo Sił Powietrznych, zostanie mi w końcu doręczone. Niestety, do tej pory dowództwo nie chce mi go wydać, nawet kopii, a zależy mi, by mieć je w swoim archiwum.
Liczy Pani na to, że Dowództwo Sił Powietrznych odbuduje autorytet Pani męża?
- Myślę, że zarówno pan generał Majewski, jak i obecni panowie na wysokich stanowiskach wiedzą już, że tylko drogą wzajemnego szacunku można budować naszą przyszłość. Mam wrażenie, że dowództwo w tej chwili stara się odbudowywać autorytet mojego męża, że zrozumiało, iż nie może milczeć jak do tej pory. Po rozmowie z panem generałem Majewskim odniosłam wrażenie, że zrozumiał moje intencje, że będąc szczera i otwarta, pragnę tylko jednego - prawdy i żeby nie robiono krzywdy tym ludziom, którzy już nie żyją i sami nie mogą się bronić. Mam wszelkie dowody na to i ludzi, którzy jeszcze żyją i mogą potwierdzić, jak trudno było mojemu mężowi, a jednocześnie jak wspaniałym był człowiekiem i nie zasługuje na to, co zrobili z niego żądni sensacji dziennikarze.
Wiele stacji telewizyjnych i tytułów prasowych zabiega od dawna o rozmowę z Panią. Dlaczego Pani odmawia?
- Zaufałam "Naszemu Dziennikowi", bo broni honoru generała Błasika. Tu nawet nie chodzi tak naprawdę o mojego męża, ale o honor polskiego lotnika. Do innych tego zaufania nie mam. Podam prosty przykład. Odmówiłam wywiadu dziennikarce TVN24, która zajmuje się tą katastrofą, bo na podstawowe pytanie - dlaczego TVN24 rzucił mojego męża wszystkim na pożarcie, kierując pod jego adresem bezpodstawne oskarżenia, ta z rozbrajającą szczerością odparła wprost, że zasugerowali im to Rosjanie. To jest nie do pomyślenia. To Rosjanie będą nam mówić, co mógł robić i w jak trudnej roli na pokładzie tego samolotu był mój mąż? Mam wrażenie, że część polskich dziennikarzy służy nie dobru naszej Ojczyzny, tylko wschodnim sąsiadom.
Jak odebrała Pani oficjalny komunikat polskiej prokuratury, że nie ma podstaw, by sądzić, że Pani mąż siedział za sterami tupolewa?
- Na pewno z ulgą, ale skoro o tym wiedzieli, mogli to powiedzieć wcześniej. Nigdy nawet przez myśl nie przeszło zarówno mi, rodzinie i wszystkim, którzy znali mojego męża - mam tu na myśli prawdziwych lotników, a nie tzw. ekspertów, którzy chcieli wmówić nam, że gen. Błasik jest winny katastrofy - że mój mąż może odpowiadać za tę tragedię. Ci "eksperci", którzy tak twierdzili, mieli po katastrofie swoje pięć minut i chcieli chyba tylko stać się medialnie rozpoznawalni. Stanowisko prokuratury jest dla mnie potwierdzeniem tego, o czym my wszyscy, znający męża, wiemy.
To znaczy?
- Bezpieczeństwo było dla niego najwyższą wartością, to był jego priorytet, właściwie od kiedy znalazł się w lotnictwie. Zawsze przecież podkreślał, że zaufanie w lotnictwie to jest podstawa, bo inaczej nie może ono funkcjonować. Mój mąż zawsze bronił załogi i zakładając nawet, że znalazł się w kokpicie Tu-154M, to tylko dlatego, by ją wspierać i ewentualnie potem bronić przed panem prezydentem. Jeżeli był w kabinie, to czekał, na to, jaką decyzję podejmie dowódca załogi. Czy w ogóle będą lądować, czy wracają do Warszawy, czy lecą na zapasowe lotnisko. Jestem pewna, że tak było i nikt mi tutaj niczego innego nie wmówi, chyba że coś zostanie zmanipulowane, bo podkreślam, że ja absolutnie nie mam zaufania do Rosjan. Rosjanie, układając scenariusz po tej katastrofie, nie wzięli pod uwagę typu osobowości Dowódcy Sił Powietrznych; generał Błasik był przeciwieństwem tych wszystkich twardogłowych, prosowieckich generałów.
To poczucie odpowiedzialności spotęgowane było wcześniejszymi katastrofami w Siłach Powietrznych?
- Oczywiście. Jeszcze raz podkreślę, jeżeli generał Błasik w ogóle był w tym kokpicie, to na pewno tylko po to, aby wziąć odpowiedzialność na siebie za załogę w przypadku, kiedy dowódca załogi, kapitan Protasiuk, zdecydowałby, że nie ma możliwości lądowania w Smoleńsku. Broniłby jej i na pewno nie pozwoliłby na to, by ktokolwiek chciał karać pilota za odmowę lądowania. Mój mąż nigdy się nie bał, poza tym był w bardzo dobrych relacjach z prezydentem. Pan prezydent RP Lech Kaczyński miał pełne zaufanie do niego. Po głośnym locie do Gruzji mój mąż powiedział do niego: "Panie Prezydencie, dowódca załogi zrobił wszystko, co było możliwe dla bezpieczeństwa Pana Prezydenta i wszystkich na pokładzie". Pan prezydent odparł wtedy: "Panie Generale, dla mnie jest to wystarczająca rekomendacja i ja nic do załogi, do pilota nie mam". Z podobną stanowczością zachowałby się na pewno mój mąż, gdyby kpt. Protasiuk odmówił lądowania w Smoleńsku. Wypowiadane więc z taką łatwością przez "ekspertów" słowa, że naciskał na pilotów, dla mnie są haniebnymi oszczerstwami. Haniebne bowiem i nie do pomyślenia jest dla mnie to, że nie mając żadnych na to dowodów, mogą publicznie mówić podobne rzeczy. Wiem, że Tu-154M na pewno wylądowałby bez trudu, gdyby Rosjanie, ale też i nasze służby przygotowali się do tej wizyty, a lot był zabezpieczony właściwie.
Dziękuję za rozmowę.


Komentarze
Pokaż komentarze