Wtorek, 18 stycznia 2011, Nr 13 (3944)
"Nasz Dziennik" dotarł do najnowszej laboratoryjnej ekspertyzy internetowego filmu znanego pod nazwą "Samolot płonie". Nagranie jest autentyczne. I pochodzi z 10 kwietnia ubiegłego roku
Czterokrotne odgłosy strzałów są słyszalne na filmie znanym pod potocznym tytułem: "Samolot płonie" - ustalili policyjni kryminolodzy. Ekspertyza Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Komendy Głównej Policji dotycząca cyfrowych nagrań wideo, które zrobiły zawrotną karierę w internecie, w połowie grudnia wpłynęła do Wojskowej Prokuratury Okręgowej w Warszawie. Policja zakwestionowała wcześniejsze ustalenia ABW, jakoby na nagraniu padały słowa w języku polskim.
W nagraniach nie ma ani jednego słowa wypowiedzianego w języku polskim. Wszystkie słyszalne słowa wypowiadane są w języku rosyjskim. Ich treść - twierdzi Centralne Laboratorium Kryminalistyczne - nie wskazuje, by odnosiły się do zdarzeń innych niż te, które zaistniały bezpośrednio po katastrofie Tu-154M na lotnisku Smoleńsk Siewiernyj 10 kwietnia ubiegłego roku. Policyjni eksperci nie mają wątpliwości, że nagranie pochodzi właśnie z tego czasu. Film nie jest montowany, nie ma też śladów ingerencji w ciągłość zapisu. To już druga ekspertyza nagrania, pierwszą sporządzała na zamówienie prokuratury Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.
Jakie jest źródło odgłosów przypominających wystrzały? Nie wiadomo. Tuż po katastrofie tłumaczono, że eksplodowała broń i magazynki z zapasową amunicją oficerów Biura Ochrony Rządu, którzy zginęli na Siewiernym. Problem w tym, że tej hipotezy nie potwierdza nawet raport MAK. "Wyniki ekspertyz balistycznych potwierdzają obecność na pokładzie broni (kilka pistoletów) i amunicji (naboi) do nich. Nie jest możliwe określenie, kiedy po raz ostatni oddane zostały strzały z tych pistoletów" - czytamy na s. 146 rosyjskiego raportu.
O eksplozjach amunicji w pistoletach na miejscu pogorzeliska nie ma już ani słowa.
Z policyjnej ekspertyzy wynika, że dźwięki, które słychać na nagraniu, mogą być rzeczywiście hukiem wystrzałów. - W treści tych nagrań czterokrotnie słyszalne są odgłosy przypominające wystrzały, wybuchy - twierdzi płk Zbigniew Rzepa, rzecznik prasowy Naczelnej Prokuratury Wojskowej. Dodaje jednocześnie, że w nagraniach nie ma ani jednego słowa wypowiedzianego w języku polskim, kwestionując tym samym wcześniejsze ustalenia ABW. - W tej chwili nie potrafię powiedzieć, jakie są plany prokuratora co do tej opinii - odpowiada rzecznik na pytanie, czy przewidziane są dodatkowe badania filmu.
Wątpliwości co do konieczności przeprowadzenia dalszych analiz nagrania nie ma natomiast Bogdan Święczkowski, szef Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego w latach 2006-2007.
- Muszą być przeprowadzone dalsze badania. Na pewno zleciłbym je w celu ustalenia, jaki był to rodzaj wystrzałów lub wybuchów. Trzeba w tej materii przeprowadzić kilka eksperymentów procesowych, które pokażą, czy można mówić o wybuchającej amunicji, czy o strzałach z broni palnej - wskazuje Święczkowski. Według niego, każdy wystrzał z danej broni wydaje określony odgłos w odpowiednich warunkach.
Profesor Zbigniew Kulka, kierownik Zakładu Elektroakustyki w Instytucie Radioelektroniki Politechniki Warszawskiej, przyznaje, że naukowcy dysponują możliwościami zbadania różnic w tych odgłosach. - Analizuje się sygnały zarówno w czasie, jak i ich widmowe reprezentacje - zaznacza prof. Kulka. Zwraca uwagę, iż każdy dźwięk ma swoje widmo, które można odróżnić. Jego zdaniem, bardzo dobre rezultaty w ich rozpoznaniu daje "przeprowadzenie szybkiej transformaty Fouriera".
Potwierdza to były funkcjonariusz Biura Ochrony Rządu. - Eksperci, którzy zajmują się bronią i amunicją, są w stanie wyśledzić różnicę w obu odgłosach. Polega ona na tym, że wystrzał jest głuchym dźwiękiem wydobywającym się z lufy, zupełnie innym od huku naboju wrzuconego na przykład do ognia - zauważa.
Pełnomocnicy ofiar katastrofy smoleńskiej przypominają natomiast, że analiza filmu powinna być wykonana na oryginalnych nagraniach. - ABW przeprowadzała ekspertyzę nagrania, które zostało ściągnięte z internetu. Zostało ono następnie przesłane do CLK. Oprócz tego otrzymaliśmy jeszcze nagranie od strony rosyjskiej, które jakoby miało być pierwowzorem. Pozostaje więc pytanie: jaki materiał służył do sporządzenia tej ekspertyzy. Bo mnie interesuje tylko oryginał - mówi mecenas Rafał Rogalski.
Z kolei mecenas Bartosz Kownacki podkreśla, że w dalszym ciągu nie mamy ostatecznego rozstrzygnięcia o charakterze odgłosów na filmie. - Jeżeli były to wystrzały, to skąd się one wzięły? Nie wiemy również, jak wygląda kwestia amunicji po funkcjonariuszach Biura Ochrony Rządu poległych w katastrofie. Przy czym z informacji, którymi dysponuję, wynika, że istnieje różnica między odgłosem wystrzałów eksplozji a strzałami oddanymi z broni - ocenia mecenas Kownacki.
Mecenas Piotr Pszczółkowski, odnosząc się do prawdopodobnych wystrzałów na nagraniu, wyraża zadowolenie, że formalnie ustalono to, "co miliony osób w internecie słyszało". - W moim przekonaniu koresponduje to również z innym materiałem dowodowym - zaznacza Pszczółkowski.
Pułkownik Rzepa nie potrafił nam wczoraj powiedzieć, jakie słowa rosyjskie udało się odczytać na nagraniu. Zaznacza, że kwestia upublicznienia ekspertyzy należy do prokuratora prowadzącego śledztwo. - Na pewno będą mogły się z nią zapoznać rodziny ofiar katastrofy - podkreśla płk Rzepa.
Jacek Dytkowski
MAK kręcił nawet przy polisach
Międzypaństwowy Komitet Lotniczy (MAK) orzekł w raporcie dotyczącym katastrofy smoleńskiej, że polscy piloci nie mieli polis ubezpieczeniowych. - To kompletna bzdura - twierdzą piloci. W ramach podpisanej umowy z danym ubezpieczycielem Ministerstwo Obrony Narodowej zapewnia żołnierzom ze wszystkich jednostek tzw. ubezpieczenie grupowe. Wypłacana kwota z racji poniesionego uszczerbku na zdrowiu lub śmierci nie jest jednak zbyt wysoka. Dlatego piloci podpisują indywidualne polisy z wybranymi przez siebie firmami ubezpieczeniowymi. Dokumentów związanych z ubezpieczeniem nie zabiera się nigdy na pokład samolotu.
W Raporcie końcowym Międzynarodowego Komitetu Lotniczego w sprawie śledztwa dotyczącego katastrofy samolotu Tu-154M z 10 kwietnia 2010 roku w rejonie lotniska Smoleńsk Siewiernyj czytamy, iż "Członkowie załogi polis ubezpieczeniowych nie posiadali" (s. 28 raportu). Kapitan Janusz Więckowski, który na tupolewie wylatał 2,5 tys. godzin, twierdzi, że orzeczenie Rosjan to kompletna bzdura i że przedstawiona przez nich wersja raportu jest "co najmniej dziwna". - Orzeczenie MAK jest co najmniej dziwne. Specpułk musi ubezpieczyć swoich pilotów. Tak samo działają wszystkie pasażerskie linie lotnicze, jak choćby PLL LOT, który zawsze zapewniał nam ubezpieczenie, było to naturalne. Ja musiałem wskazać tylko osobę, która w razie gdyby coś mi się stało, mogła otrzymać odszkodowanie - mówi Więckowski. Generał Anatol Czaban, asystent szefa Sztabu Generalnego ds. Sił Powietrznych, potwierdza, iż każda jednostka wojskowa, w tym także specpułk, zawsze zapewnia swym żołnierzom tzw. ubezpieczenia grupowe, do których powinno się przystąpić. Gwarantują one wypłatę odszkodowań ubezpieczonemu lub jego najbliższym w razie wypadku lub śmierci żołnierza. Tak samo jak piloci, żołnierze i pracownicy wojska wyjeżdżający na misje są ubezpieczeni od następstw nieszczęśliwych wypadków. Regulują to konkretne rozporządzenia ministra obrony narodowej. Jak mówi Czaban, istnieją zwykle dwa egzemplarze polisy ubezpieczeniowej w ramach tzw. ubezpieczenia grupowego. Jeden z nich znajduje się we właściwej jednostce wojskowej, drugi ma osoba, której ubezpieczenie dotyczy. Nie ma zwyczaju, by piloci zabierali te dokumenty ze sobą na pokład. Jak zauważa Czaban, zarówno piloci, jak i personel latający zwykle decydują się także na wariant drugi: podpisują polisy indywidualne z firmami ubezpieczeniowymi, którą każdy wybiera sam. Z tego rozwiązania korzysta aż 70 procent pilotów. Z rozmów, jakie "Nasz Dziennik" przeprowadził z żołnierzami specpułku, wynika, że firmy takich umów z pilotami nie zawierają zbyt chętnie. - Jeżeli ktoś z nas chce mieć ubezpieczenie dodatkowe, musi się sam o to postarać. Najgorsze jest w tym to, że firmy ubezpieczeniowe niechętnie je z nami podpisują z uwagi na duży stopień ryzyka, jakim jesteśmy obarczeni - mówi jeden z naszych rozmówców. Generał brygady Jan Baraniecki zauważa, że piloci ze specpułku podpisują dodatkowe polisy, ponieważ nie mają innego wyjścia. - Żołnierze są ubezpieczani w ramach tzw. ubezpieczeń grupowych, które wojsko gwarantuje jakby z urzędu. Za moich czasów odszkodowania wypłacane w ramach tych ubezpieczeń były bardzo niskie. Nie sądzę, by to się zmieniło - podkreśla.
Anna Ambroziak
Anodina działa pod wpływem
Już w 2003 roku, w trakcie procedowania krytycznego dla MAK raportu, posłowie rosyjskiej Dumy podnosili zarzut braku wiarygodności jego szefowej Tatiany Anodiny. Deputowani zwracali m.in. uwagę, że stan zdrowia kobiety uniemożliwia jej podejmowanie niezależnych i obiektywnych decyzji.
Szefowa rosyjskiego Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego gen. Tatiana Anodina, która zdiagnozowała u polskich pilotów - pośmiertnie - zaburzenia sfery psychoemocjonalnej, sama ma bardzo poważne problemy zdrowotne. Tajemnicą poliszynela w środowiskach badaczy katastrof lotniczych jest fakt, że kobieta cierpi na postępujący parkinsonizm i ma zaburzoną możliwość percepcji. W rzeczywistości faktycznym szefem MAK, który podejmuje kluczowe decyzje, jest Aleksiej Morozow, zaufany Władimira Putina. Do tego stopnia, że jako jedną z nielicznych osób szef rosyjskiego rządu dopuszcza go do wspólnych polowań. Przesłanki te rodzą uzasadnione wątpliwości co do wiarygodność raportu MAK w sprawie katastrofy polskiego Tu-154M - raportu firmowanego nazwiskiem Anodiny.
O wyniszczającej chorobie gen. Tatiany Anodiny, która nie jest w stanie funkcjonować bez silnych leków pustoszących psychikę, otwarcie mówią w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" posłowie rosyjskiej Dumy Państwowej. - Nie rozumiem, dlaczego Aleksiej Morozow zasłania się tą schorowaną kobietą. Anodina to listek figowy przedsiębiorstwa, którym zarządza razem z Jermołowem. Mam nadzieję, że sprawa raportu nie zaciąży na jego karierze. Ale wszyscy w Moskwie wiedzą, że gen. Anodina ze względu na chorobę jest wyeliminowana z procesu decyzyjnego w MAK - mówi nasz rozmówca, poseł, który dobrze pamięta kłopoty, jakie spadły na deputowanych podających w wątpliwość przejrzystość zasad funkcjonowania Międzypaństwowego Komitetu Lotniczego. Dlatego nie chce wypowiadać się pod nazwiskiem.
12 stycznia, kiedy Anodina relacjonowała dziennikarzom zebranym w moskiewskiej centrali agencji Interfaks "osiągnięcia" MAK w sprawie katastrofy z 10 kwietnia, kamera telewizyjna wyraźnie uchwyciła moment, kiedy widać było, jak przewodniczącej wyraźnie drżała ręka. Próbowała to opanować, przytrzymując dłoń drugą ręką. Trzęsące się dłonie to typowy objaw chorobowy. Symptomatyczne jest to m.in. dla choroby Parkinsona. Osoba chora na zaawansowany parkinsonizm nie jest w pełni samodzielna. W aspekcie fizycznym w ciągu nawet kilkunastu lat następuje spowolnienie ruchowe, pewna niezgrabność w ruchach. Schorzenie to, niestety, często ma także duży wpływ na ludzką psychikę. Spowolnieniu ulegają procesy psychiczne. Osłabiona jest pamięć i zdolność przypominania. Do tego dochodzą stany depresyjne - tłumaczą lekarze geriatrzy.
Drżenie samoistne lub polekowe - to także objawy innych chorób. Są to symptomy chorób serca i cukrzycy oraz symptom brania niektórych leków. Jak zaznaczają medycy, choroby te pozostawiają "jakiś ślad" na ludzkiej psychice. Przyjmowanie silnych leków zawsze w pewien sposób oddziałuje na zachowanie chorego, także na jego psychikę.
Jak to jest w przypadku Anodiny? Czy jej decyzje jako szefowej MAK są jej samodzielnymi decyzjami?
W świecie moskiewskich dziennikarzy i polityków tajemnicą poliszynela jest fakt, że w MAK rządzi tak naprawdę duet: Oleg Jermołow, wiceprzewodniczący komitetu, wespół z Aleksiejem Morozowem, szefem komisji technicznej MAK. Obaj są w pełni dyspozycyjni wobec Kremla. Warto dodać, że Morozow był tym, który tuż po katastrofie dzwonił do płk. Edmunda Klicha, informując go, że jedynym możliwym rozwiązaniem prawnym w tym wypadku jest zastosowanie załącznika 13 do konwencji chicagowskiej.
W ocenie Dariusza Seligi, wiceszefa sejmowej komisji Obrony Narodowej, nienaturalne, chorobowe "spięcie" Anodiny widać było podczas konferencji prasowej. - Nie oszukujmy się, ten raport został przygotowany na zamówienie polityczne. Po twarzy Anodiny widać było wyraźnie, że zagościł na niej stężały uśmiech. Nie ma się czemu dziwić - jej syn Aleksander Pleszakow jest związany z branżą lotniczą. Przez długie lata był prezesem rosyjskich linii lotniczych i nadal jest związany z układem biznesowo-politycznym - mówi poseł. - Wyraźnie widać było też, że Anodiny pilnował siedzący obok niej Morozow. Co do stanu zdrowia szefowej MAK, tu nawet nie trzeba się specjalnie głęboko doszukiwać, a może po prostu wzięła sobie "coś" przed konferencją dla kurażu - zastanawia się Seliga. - Ci wszyscy, którzy wydawali i nad wydają pochopną opinię o błędzie naszych pilotów i ich stanie psychicznym, powinni mieć te okoliczności na względzie. Jak również to, że sama Anodina nie może zaprzeczyć, iż była powiązana z KGB, a to mogło wywierać presję na pracę ekspertów MAK - podkreśla poseł.
Anodina pod koniec lat 80. związała się z Jewgienijem Primakowem, członkiem Biura Politycznego KC KPZR, który pełnił wysokie funkcje w KGB i był bliskim współpracownikiem Michaiła Gorbaczowa. Za czasów Jelcyna Primakow był szefem wywiadu. Czy posłowie zwrócą się do polskiej prokuratury, by ta w ramach wniosku o pomoc prawną wystąpiła do strony rosyjskiej o ekspertyzę medyczną stanu zdrowia przewodniczącej komisji, z udziałem polskich ekspertów? Jarosław Zieliński, członek prezydium parlamentarnego zespołu smoleńskiego, twierdzi, że byłby to jak najbardziej pożądany krok. - Wszyscy wiemy o tym, że pani Anodina nie jest osobą samodzielną w sensie decyzyjnym. W MAK, który jest tylko instrumentem polityki Kremla, faktycznie rządzą Morozow i Jermołow. Było to widać podczas tej konferencji z 12 stycznia. Jeśli dodamy do tego jeszcze fakt, że przewodnicząca rosyjskiej komisji pozostaje pod wpływem jakichś silnych leków, to należałoby to zbadać. Dobrze byłoby też, gdyby w przyszłości zajęła się tym komisja międzynarodowa - twierdzi poseł.
Anna Ambroziak


Komentarze
Pokaż komentarze (2)