Poniedziałek, 24 stycznia 2011, Nr 18 (3949)

Czy Bronisław Komorowski przejmował władzę w samochodzie na trasie Buda Ruska - Warszawa?
W jaki sposób wracał 10 kwietnia do Warszawy Donald Tusk i gdzie wówczas był Bronisław Komorowski? Tego dnia media, powołując się na Centrum Informacyjne Rządu i Kancelarię Sejmu, donosiły zupełnie coś innego, niż później osobiście relacjonowali Donald Tusk i Bronisław Komorowski.
Blogowicze Tuskwatch.pl dostrzegli ciekawe zjawisko: mianowicie dwie rozbieżności z medialnymi doniesieniami i osobistymi relacjami premiera Donalda Tuska oraz ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego na temat tego, jak 10 kwietnia ub.r. wyglądał ich powrót do Warszawy. Żadnego z nich nie było w tym dniu w stolicy.
W dniu katastrofy już około godz. 9.50 internetowe serwisy informacyjne, m.in. "Gazety Wyborczej" i "Newsweeka" donosiły, że premier Donald Tusk "leci z Gdańska do Warszawy". Powoływały się przy tym na wiadomości przekazywane przez Centrum Informacyjne Rządu. Szef rządu, według nich, miał przerwać odpoczynek i odlecieć samolotem lub rządowym helikopterem do Warszawy. To bardzo interesujące, bo podczas ostatniego posiedzenia Sejmu, na którym premier przedstawił informację rządu w sprawie śledztwa smoleńskiego i reakcji na raport rosyjskiego MAK, okazało się, że Donald Tusk nie leciał... ale jechał samochodem. Poinformował o tym, odpowiadając na pytanie Elżbiety Jakubiak, która zapytała, dlaczego tak długo trwał wtedy jego powrót do Warszawy. "Pani poseł oczekiwała, że instytucje państwowe zaczną w dniu katastrofy działać możliwie szybko. Nie wiem, jakiego typu tempa pani oczekuje od BOR, jeśli chodzi o przewóz samochodem na trasie Gdańsk - Warszawa" - tłumaczył premier. - Posiedzenie Rady Ministrów rozpoczęło się w Warszawie o godz. 13.40, tzn. w momencie, kiedy wszyscy ministrowie dotarli na miejsce. W przeciwieństwie do niektórych polityków ja wtedy, kiedy jadę samochodem rządowym, nie zastępuję kierowcy BOR i nie dyktuję mu warunków, jak szybko ma jechać, ale wydaje się, że dwie i pół godziny jazdy z Gdańska do Warszawy daje wyobrażenie, jak bardzo służby starały się możliwie szybko dowieźć premiera do Warszawy - odpowiadał Tusk.
Z podobną, a może nawet jeszcze ciekawszą historią mamy do czynienia w przypadku powrotu do stolicy ówczesnego marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego. W wielkim pośpiechu, a jak mówił minister w kancelarii Lecha Kaczyńskiego, Jacek Sasin, w atmosferze "zamachu stanu", przejął on obowiązki głowy państwa, a jego ludzie kontrolę nad Kancelarią Prezydenta. Dziś jako prezydent twierdzi, że informacja o katastrofie smoleńskiej zastała go poza Warszawą, bo wypoczywał wówczas w słynnej już Budzie Ruskiej na Mazurach. By dojechać z niej do stolicy, trzeba pokonać samochodem (z pewnością w tej sytuacji na sygnale) co najmniej 300 kilometrów. Komorowski mówił o tym w rozmowie z "Le Monde" 14 kwietnia ubiegłego roku. Podróż powinna mu więc zająć około 3,5 godz., a może nawet 4 godz., jak w jednym z kwietniowych tekstów pisał Jacek Żakowski na łamach "Polityki". Ciekawe jest jednak to, że również w tym przypadku internauci, tym razem portalu Tvn24.pl, podawali o godz. 10.25, że marszałek wraca z "Trójmiasta do Warszawy". Być może jest to najzwyklejszy w świecie błąd. Jednak o tym, że Komorowski "jedzie z Trójmiasta", a nie z Budy Ruskiej miała poinformować Kancelaria Sejmu. I w tym miejscu docieramy do sedna spawy. W tym samym czasie w Warszawie miało miejsce przejmowanie władzy i urzędów prezydenckich - Kancelarii oraz Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Jesienią, podczas posiedzenia parlamentarnego zespołu zajmującego się katastrofą smoleńską, minister z Kancelarii Prezydenta Andrzej Duda mówił, że pierwszy telefon od Lecha Czapli otrzymał ok. godz. 11.00. Miał go on wówczas poinformować o tym, że Komorowski "zaraz wygłosi oświadczenie o tym, że przejmuje wykonywanie tymczasowo obowiązków prezydenta". Powoływał się tym samym na konstytucyjny zapis mówiący o śmierci prezydenta. Dokładnie w tym samym czasie Komorowski jechał samochodem z Mazur, a jeszcze przez 5-6 godzin nie było informacji o ostatecznej identyfikacji ciała prezydenta Lecha Kaczyńskiego. "Zapytałem: czy ktoś z państwa (...) widział ciało pana prezydenta. Odpowiedź była: nie" - relacjonował Duda, który ostrzegał wówczas Czaplę, że jeśli Komorowski w takich okolicznościach wygłosi oświadczenie o przejęciu obowiązków prezydenta, złamie Konstytucję. Dziś warto zapytać, co miał na myśli Czapla, mówiąc "zaraz wygłosi przemówienie", które zostało wygłoszone za ponad 2 godziny? W sytuacji, gdy nie było oficjalnej informacji o śmierci prezydenta Kaczyńskiego... Jak relacjonował Duda, po południu, ok. godziny 14.00, Czapla przekazał mu telefonicznie informację, że od prezydenta Rosji Dmitrija Miedwiediewa "przyszedł telegram" z informacją o śmierci prezydenta, co Komorowski miał potwierdzić w osobistej rozmowie z Miedwiediewem. Co ciekawe, jak wtedy informował m.in. portal "Gazety Wyborczej" Gazeta.pl, o godz. 12.03 rzecznik rządu Paweł Graś mówił mediom, że "prezydent automatycznie przejął obowiązki głowy państwa". Gdzie w związku z tym tego dnia byli premier i marszałek Sejmu, skoro medialne doniesienia oparte na informacjach CIR i Kancelarii Sejmu są zupełnie inne od tego, co mówili później? A może urzędnicy mieli rację i powiedzieli prawdę, co sugerowałoby, że wspólnie wracali tego dnia samolotem lub śmigłowcem z Wybrzeża do stolicy?
Maciej Walaszczyk
Słowaccy piloci nie czapkują MAK
Szef rządowych pilotów Republiki Słowacji: Tu-154M może bezpiecznie odejść z 30 metrów. W sprawie katastrofy smoleńskiej: Czekamy na wyniki polskiego śledztwa

- Woziłem naprawdę przeróżnych polityków. Od szeregowych po najwyższe władze, z prezydentem włącznie, ale nigdy ich obecność nie wpływała na jakość naszej pracy - wyjaśnia w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" Viliam Polniser, szef Rządowej Służby Lotniczej Republiki Słowackiej. To słowacki odpowiednik polskiego 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Zgodę na rozmowę z Polniserem "Nasz Dziennik" uzyskał najpierw w Kancelarii Prezydenta Ivana Gasparovica, a później w Ministerstwie Obrony Narodowej w Bratysławie. - Sugerowanie, że Tu-154M nie jest w stanie odejść na drugie zajście z wysokości 100 metrów, jest absolutnie nieuprawnione - mówi Polniser. W sprawie katastrofy na Siewiernym szef słowackich pilotów rządowych, z którymi latają VIP-y, mówi zdecydowanie: "Czekamy na wyniki polskiego śledztwa". Warto dodać, że z Polniserem rozmawialiśmy już po prezentacji rosyjskiego raportu MAK.
Tuż po upublicznieniu przez komisję Jerzego Millera stenogramów ze smoleńskiej wieży, które zneutralizowały dotychczasowy urzędowy przekaz o winie pilotów polskiego Tu-154M, natychmiast pojawiły się medialne sugestie, że maszyna ta nie jest w stanie odejść na drugi krąg z wysokości, na jaką została sprowadzona przez - w domyśle - niedoświadczoną, niedouczoną i zestresowaną załogę. Pomimo dość jasnego przekazu, jaki płynął z konferencji zorganizowanej przez Państwową Komisję Badania Wypadków Lotniczych, front profesjonalnych przyjaciół Kremla natychmiast zasugerował, że komenda "odejście" wydana przez dowódcę polskiej maszyny mjr. Arkadiusza Protasiuka, nie miała większego znaczenia, bo samolot za bardzo się zniżył. W ruch natychmiast poszły analizy "ekspertów" przekonujące o "pewnej" bezwładności, jaką ma Tu-154 poniżej 100 metrów. I że nie sposób wyprowadzić maszyny z takiej wysokości. Medialny chórek z radością podchwycił te sugestie, tak samo jak wcześniejsze doniesienia o rzekomych naciskach ze strony gen. Andrzeja Błasika i prezydenta Lecha Kaczyńskiego. W najmniejszym stopniu nie starano się zweryfikować tych doniesień. Czy rzeczywiście tupolew jest tak mało zwrotną maszyną, że nie był w stanie wykonać manewru odejścia na drugi krąg 10 kwietnia ubiegłego roku na Siewiernym? "Nasz Dziennik" zwrócił się z prośbą o wyjaśnienie tych wątpliwości do słowackich pilotów rządowych, którzy niedawno prezentowali swoje umiejętności na pokazach w Piestanach. Nasi południowi sąsiedzi opiekę nad lotami VIP-ów powierzają Ministerstwu Obrony Narodowej. Jak wyjaśnił rzecznik Kancelarii Prezydenta Słowacji Ivana Gasparovica, Marek Trubac, w czasie podróży głowa państwa korzysta wyłącznie z rządowej floty. Zaznaczył, że nie ma takiego pojęcia jak "samolot prezydencki". Słowackie Ministerstwo Obrony Narodowej wyraziło zgodę na rozmowę "Naszego Dziennika" z Viliamem Polniserem, szefem Rządowej Służby Lotniczej, odpowiednikiem polskiego 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego. Jak wyjaśnił Polniser, sugerowanie, iż tupolew nie jest w stanie odejść na drugie zajście z wysokości 100 metrów, jest nieuprawnione. Na pokazach w Piestanach pilotowany przez Słowaków Tu-154M, którym na co dzień lata prezydent, wykonał przejście na niskiej wysokości nad płytą lotniska. Obala to zatem tezę MAK, że komenda mjr. Protasiuka "odchodzimy" padła na zdecydowanie za niskiej wysokości, bo powinno być to minimum 120 metrów. Jak wyjaśnia Polniser, tupolew może wykonać manewr odejścia na drugi krąg z 30 metrów. Szef słowackich pilotów rządowych zdecydowanie podważa także twierdzenia rosyjskich ekspertów, jakoby ten typ maszyny nie był w stanie wykonać manewru "touch & go", czyli dotknąć pasa startowego kołami i ponownie nabrać wysokości. - Manewr ten nie jest wyjątkowo skomplikowaną procedurą - mówi Polniser.
Łukasz Sianożęcki
Polecam również .: To, czego dopuścił się MAK, to skandal

Myśl, że zostanie tak, jak jest w tej chwili, jest dla mnie niedopuszczalna. To by oznaczało, że polskie władze przyjmują rosyjską wykładnię, że na pokładzie Tu-154M wszyscy pili, że był to tzw. wesoły autobus do Katynia.
WIĘCEJ .: www.naszdziennik.pl/index.php


Komentarze
Pokaż komentarze (7)