Czwartek, 23.06.2011 r.
Jakieś fatum ciąży nad stosunkami polsko-niemieckimi. Wydawało się, że po wspólnym posiedzeniu obu rządów wszystko będzie na najlepszej drodze. Żeby dać dobry przykład całej Europie, w imieniu polskiego rządu obiecałem 250 milionów euro na ratowanie niemieckich i francuskich banków. Angela liczyła, że naszym śladem pójdą wszystkie kraje unijne spoza strefy euro. Niestety, pomysł upadł! David z Londynu stwierdził, że Anglików nie stać na taki gest. Nie będą dopłacali do zagranicznych banków, choćby wszyscy nazywali to "pomocą dla Grecji". Później okazało się, że nawet dużo biedniejsi od Anglików Czesi też nie chcą płacić.
Piątek, 24.06.2011 r.
Angela jest załamana. Podobnie jak Nicolas z Paryża i Jean-Vincent, czyli nasz "Jacek" z Ministerstwa Finansów... Polska była gotowa wesprzeć Grecję, tak jak stanowią o tym przepisy europejskie. 250 milionów euro? Było nas stać na taki gest. To nie jest wydatek istotny dla budżetu państwa będącego zieloną wyspą na oceanie kryzysu. Chcieliśmy pomóc bogatszym krajom, planowaliśmy nie blokować mechanizmu udzielania gwarancji z budżetu UE, ale inne państwa nie okazały się aż tak proeuropejskie. Co teraz zrobimy z tymi pieniędzmi? Może warto jeszcze wybudować parę autostrad przed Euro 2012? Na tle koparek i spychaczy mielibyśmy bardzo fajne zdjęcia przedwyborcze...
Sobota, 25.06.2011 r.
Chłopaki od pijaru opracowali materiały do moich kolejnych wywiadów. Mam ciągle mówić, że bardzo mi zależy na drugiej kadencji premierowania. A po co chcę dalej rządzić? Tu poszli po bandzie: "Żeby po całych ośmiu latach poziom życia przeciętnej rodziny w Polsce przybliżył się do poziomu średniej europejskiej!". Podobno po pierwszych czterech latach dużo się nauczyłem. Dziś wiem, co trzeba poprawić, i dlatego bardzo chcę rządzić lepiej. O tym, że chciałbym objąć jakieś stanowisko w Komisji Europejskiej, na razie mam nie wspominać. Przynajmniej do czasu wyborów.
Niedziela, 26.06.2011 r.
Nie będę czytał raportów z prac komisji sejmowych, jakie na temat katastrofy przygotowuje opozycja. A przynajmniej oficjalnie nigdy nie powinienem się do tego przyznać. Jestem szefem polskiego rządu, więc jestem odpowiedzialny za to, co przygotowuje administracja państwowa w tej kwestii. I to będzie najrzetelniejszy raport. Kto lepiej zna pracę swoją i podległych sobie ludzi, jeśli nie sami ministrowie? Mamy wszyscy wystarczająco dużo zajęć poważnych i na tych zajęciach będziemy się koncentrowali. Gdybym czytał raporty z prac komisji, nie miałbym czasu nawet na to, żeby czasem pograć w piłkę z dzieciakami z Ełku!
Poniedziałek, 27.06.2011 r.
Według Radka, największe sukcesy mamy w polityce zagranicznej. Polska przestała budować swoje relacje z innymi krajami, opierając się na tym, że zawsze o coś prosi. To było upokarzające dla naszego państwa. Dziś nie prosimy Rosjan, aby uznali naszą politykę historyczną. Wychodzimy z idiotycznej pułapki wiecznych próśb w stylu "oddajcie wrak, oddajcie czarne skrzynki". Gdy rozmawiamy z Amerykanami, nie prosimy o zniesienie wiz. Jaki jest tego efekt? Widać, że i Rosjanie, i Amerykanie traktują nas przez to serio. Mają do nas szacunek. Jedni nie zwracają nam czarnych skrzynek, a drudzy nie znoszą wiz.
Wtorek, 28.06.2011 r.
Sytuacja finansowa w Unii nie jest już imponująca, ale według "Jacka", na razie nie ma powodów do paniki. Ten okręt może jeszcze tonąć ładnych kilka lat! Niemieckie i francuskie banki zgodzą się na odroczenie spłaty greckich odsetek, a Angela i Nicolas z Paryża zorganizują kolejne akcje skubania unijnych podatników dla "ratowania Grecji". Pytałem "Jacka", czy takie działania rzeczywiście pomogą Grekom. Czy ten dług to nie jest wąska, ale bardzo głęboka studnia? Może nawet studnia bez dna? "Wszyscy wiedzą, że Grecja jest bankrutem i nic jej nie pomoże, ale nie musimy od razu o tym mówić" - odpowiedział "Jacek".
Środa, 29.06.2011 r.
Waldek z PSL-u psuje nam całą narrację medialną. Opowiada dziennikarzom, że klękamy przed bankami, bo gdybyśmy nie klękali, to byśmy nakazali bankowcom, żeby zrezygnowali z zysków na różnicach kursów walutowych. A my przecież nie mamy żadnego wpływu na banki, spready, kursy walut... "Klękanie przed bankami" to równie bezsensowny zarzut jak ten, że rząd dopuścił do drożyzny. Czy my możemy wpływać na cenę jabłek, chleba, ziemniaków, kurczaków albo paliwa? Gdybyśmy mieli na to jakikolwiek wpływ, to przecież już 4 lata temu zadbalibyśmy o to, by żyło się lepiej. Nam wszystkim.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)