polskaiswiat polskaiswiat
248
BLOG

Autorzy fałszywych tez

polskaiswiat polskaiswiat Rozmaitości Obserwuj notkę 3

http://www.naszdziennik.pl/gfx/ndredakcja.gif       Sobota-Niedziela, 30-31 lipca 2011, Nr 176 (4106)

 

Pułkownik Stefan Gruszczyk, płk rez. Robert Latkowski, Jan Osiecki i Tomasz Białoszewski - to tylko niektórzy "eksperci" propagujący wczoraj teorie na temat winy pilotów: mjr. Arkadiusza Protasiuka i ppłk. Roberta Grzywny, za katastrofę smoleńską. Dziś wiemy, że wiele z głoszonych przez nich tez jest oczywistą nieprawdą, tworzącą fałszywy obraz wydarzeń z 10 kwietnia 2010 roku. Nie zraża to jednak Białoszewskiego, który reklamując swój książkowy biznes, próbuje reaktywować stare teorie.

- Przekroczyli wszelkie dopuszczalne możliwości tego samolotu i tego lotniska. To jest wszystko pisane krwią - grzmiał w maju 2010 r. w TVN24 płk Stefan Gruszczyk, były pilot 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego - jednostki, do której należał rządowy Tu-154M. Z kolei kpt. Dariusz Sobczyński, pilot, również w tej samej stacji utrzymywał, że załoga tupolewa złamała wszystkie przepisy.
Tymczasem takich tez nie potwierdził nawet tendencyjny raport Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych Lotnictwa Państwowego (PKBWLLP) Jerzego Millera, ministra spraw wewnętrznych i administracji. Gruszczyk często zapraszany do studia TVN24 twierdził, że obsługa naziemna Siewiernego nie znała wysokości Tu-154M, ponieważ na lotnisku nie było radiowysokościomierza. Jest to nieprawdą w świetle ustaleń komisji Millera. Jeden z jej członków - Wiesław Jedynak, pilot, potwierdził na wczorajszej konferencji, że lotnisko smoleńskie było wyposażone w taki system. Co więcej, w jego opinii, kontroler strefy lądowania mógł odnieść się na wskaźniku radiolokatora do pozycji samolotu względem kursu schodzenia i ścieżki lądowania. Oznacza to, że Rosjanie mogli przekazać te dane załodze polskiego tupolewa, ale tego nie zrobili. Według Jedynaka, kontrolerzy lotu utwierdzali polskich pilotów w błędnie określonej ścieżce schodzenia.
Kolejna, nietrafiona teoria to rzekomy zamiar lądowania "za wszelką cenę" przez załogę samolotu. Tego typu twierdzenia pojawiają się w książce "Ostatni lot", której współautorem jest Latkowski. Zarówno on, jak i Jan Osiecki oraz Tomasz Białoszewski, współautor książki "Ostatni lot", zarzekali się na łamach "Newsweeka", że do katastrofy doszło, bo dowódca Arkadiusz Protasiuk chciał się popisać udanym manewrem w obecności prezydenta i szefa Sił Powietrznych gen. Andrzeja Błasika, żeby dostać "upragniony awans na stopień majora". Jak bardzo były to nieuprawnione pomówienia, pokazuje również wspomniany raport PKBWLLP. Zgodnie z nim piloci prawidłowo wykonywali swoje obowiązki adekwatnie do wyszkolenia, jakie zapewniło im wojsko. - To nie byli samobójcy. Podjęli decyzję "odchodzimy na drugi krąg" - powiedział wczoraj m.in. Miller.
Kolejny "ekspert ds. lotnictwa" to Zbigniew Ćwiąkalski, były minister sprawiedliwości, który już w czerwcu 2010 r. po zapoznaniu się ze stenogramem nagrań rozmów pilotów z kokpitu Tu-154M posunął się jeszcze dalej w oskarżeniach pod adresem pilotów. - Ze stenogramów można jednak wnioskować, że była wywierana presja psychiczna na pilotów - mówił wówczas Ćwiąkalski. Powielił w ten sposób rosyjskie tezy o gen. Andrzeju Błasiku, dowódcy Sił Powietrznych, który miał być jakoby przyczyną takich rzekomych zachowań. Tymczasem PKBWLLP w swoim raporcie wykluczyła jakikolwiek wpływ generała na decyzje pilotów.
Jeszcze inna teoria spiskowa zakładała, że piloci przeprowadzali 10 kwietnia 2010 r. manewr lądowania. Robert Latkowski w Radiu Zet twierdził m.in., że pierwszą i najważniejszą przyczyną katastrofy były błędy w decyzji startu i lądowania tego samolotu. Tezę tę podtrzymał wczoraj Białoszewski, występując w TVP Info. Tymczasem z polskiego raportu wynika, że nie było to lądowanie, ale tylko zejście do wysokości decyzji, po którym zamierzano wycofać się na lotnisko zapasowe.

Jacek Dytkowski

 


Kłamstwo smoleńskie w mediach w sześciu odsłonach

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Chcielibyśmy pokazać, jak bardzo kastowy charakter ma dzisiejsza Polska, jak wielu ludzi „trzymających władzę”, i to nie tylko w polityce, ale również i w mediach (a to media są dziś „pierwszą władzą, to ludzie wywodzący się ze starych skompromitowanych kręgów komunistycznych, często najgorszego stalinowskiego chowu.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (3)

Inne tematy w dziale Rozmaitości