NaszaPolska.PL
W piątek zakończył pracę Sejm VI kadencji. To dobra okazja, aby ocenić jego działalność. Niestety, nie była to kadencja, która chlubnie zapisze się w dziejach polskiego parlamentaryzmu. W Sejmie tym kluby PO i PSL były tylko posłuszną maszynką do głosowania w rękach rządu, natomiast opozycja (zwłaszcza PiS) była marginalizowana i zwalczana na różne sposoby. To nie były 4 lata zwyczajnej rywalizacji politycznej. To były 4 lata bezwzględnej walki o utrzymanie władzy i “zgnojenie” przeciwnika, 4 lata ordynarnej propagandy i niczym niepohamowanej nienawiści. Ale także 4 lata większych lub mniejszych afer i skandali (na czele z aferą hazardową). I 4 lata promowania politycznej nielojalności oraz lekceważenia wyborców, którzy powierzyli mandat przedstawicielowi danej partii, a na koniec kadencji widzą tego samego polityka jako kandydata zupełnie innej formacji.
W tej sytuacji urządzanie rankingu najlepszych posłów (jak to zrobił tygodnik “Polityka”) zakrawa na ponury żart. Warto natomiast sporządzić ranking najgorszych posłów VI kadencji – ku przestrodze na przyszłość, by mandatu poselskiego i ważnych funkcji w parlamencie nie powierzać ludziom kompromitującym państwo polskie. W rankingu przygotowanym przez redakcję “Naszej Polski” uwzględniono tylko tych polityków, którzy działali w Sejmie, gdyż posłowie-ministrowie i ich resorty zasługują na odrębną ocenę.
1. Stefan Niesiołowski
Wątpliwy zaszczyt otwierania tego rankingu przypadł wicemarszałkowi Sejmu, który z racji pełnienia tej funkcji powinien być osobą łagodzącą konflikty i dążącą do porozumienia wszystkich partii (przynajmniej w kwestiach związanych z funkcjonowaniem izby). Tymczasem Niesiołowski stanowi zaprzeczenie tych cech, przed czym ostrzegali posłowie PiS już w momencie wyboru wicemarszałków. Nienawiść do braci Kaczyńskich i ich partii, wyrażana w sposób wręcz ordynarny, stała się wizytówką wicemarszałka, a prowadzenie przez niego obrad Sejmu na długo zostanie zapamiętane jako świadectwo upadku obyczajów na Wiejskiej.
2. Janusz Palikot
W antypisowskim zacietrzewieniu Niesiołowskiemu może dorównać tylko lubelski poseł PO, lecz na szczęście nie pełnił tak ważnej funkcji, a niemal rok przed końcem kadencji zrezygnował z mandatu poselskiego, by założyć własną partię (co jest jedynym jego czynem godnym szacunku). Palikot powinien jednak być zapamiętany nie tylko jako autor chamskich gestów i wypowiedzi – niestety tak łatwo podchwytywanych przez media – ale także jako przewodniczący sejmowej komisji “Przyjazne Państwo”, która miała uprościć prawo i ułatwić prowadzenie działalności gospodarczej. W rzeczywistości nie zrobiła nic istotnego, choć ówczesna partia Palikota miała w izbie większość i mogła przegłosować wszystko.
3. Zbigniew Chlebowski
Przewodniczący klubu PO przez pierwszą połowę kadencji teoretycznie należał do najważniejszych osób w Sejmie (choć w rzeczywistości był tylko wykonawcą woli Donalda Tuska), a w drugiej połowie stał się już tylko spoconym bohaterem afery hazardowej, która wybuchła w momencie ujawnienia treści skandalicznych rozmów Chlebowskiego z podejrzanymi biznesmenami. Okazało się wówczas, że czołowy polityk partii rządzącej był tak naprawdę lobbystą branży hazardowej. Mimo tej kompromitacji dopiero niedawno wystąpił z PO i startuje dziś jako “niezależny” kandydat do Senatu.
4. Mirosław Sekuła
Były prezes NIK (oceniany raczej pozytywnie), śląski samorządowiec i działacz katolicki najwyraźniej postanowił w tej kadencji doszczętnie skompromitować swój wizerunek. Dokonał tego jako przewodniczący komisji śledczej mającej wyjaśnić aferę hazardową. Przez niemal rok prowadził prace tej komisji w sposób wyraźnie stronniczy, faworyzując swoją partię kosztem opozycji, by w końcu bezceremonialnie przeforsować własną wersję raportu, z której wynika, że tak naprawdę żadnej afery nie było. Nic dziwnego, że zaraz po tym “osiągnięciu” z kretesem przegrał wybory na prezydenta Zabrza, a dziś zamiast ubiegać się o kolejną kadencję w Sejmie liczy na fotel wiceprezesa NIK.
5. Ryszard Kalisz
To niewątpliwie jeden z najlepiej przygotowanych prawników i najlepszych mówców w tym Sejmie, tyle że nastawiony wyłącznie na własną karierę. Dlatego już na początku kadencji wywalczył sobie (obok analogicznej funkcji w Komisji Sprawiedliwości) stanowisko przewodniczącego komisji śledczej, która miała wyjaśnić okoliczności śmierci Barbary Blidy. Komisja oczywiście niczego nie wyjaśniła, za to jej szef tuż przed wyborami ogłosił raport, którego główną konkluzją są wnioski o postawienie premiera Kaczyńskiego i ministra Ziobry przed Trybunałem Stanu. Dzięki temu wyraźnie wzmocnił swoją pozycję w SLD, którego lider Grzegorz Napieralski – wcześniej ostro krytykowany przez Kalisza – musiał zapewnić mu pierwsze miejsce na stołecznej liście partii.
6. Kazimierz Kutz
Najstarszy poseł tej kadencji (rocznik 1929) dobitnie udowodnił, że z wiekiem wcale nie przybywa rozumu. Aktywność poselska Kutza koncentrowała się bowiem wokół dwóch spraw: uporczywego oskarżania PiS o śmierć Barbary Blidy oraz popierania Ruchu Autonomii Śląska. A w dodatku stał się on głównym kompanem i piewcą Palikota, wraz z którym w końcu wystąpił z Platformy. Teraz startuje znów do Senatu, de facto popierany przez PO. To mimo wszystko smutny schyłek życia całkiem zdolnego niegdyś reżysera filmowego.
7. Bartosz Arłukowicz
Przykładów karierowiczostwa było w tej kadencji niemało, lecz najbardziej chyba ordynarnym stało się przejście szczecińskiego posła lewicy do PO. Sympatyczny i inteligentny doktor Arłukowicz zdobył popularność jako najbardziej dociekliwy członek komisji śledczej ds. afery hazardowej, gdzie bezlitośnie demaskował ekipę Tuska. I oto kilka miesięcy później przyjął ofertę zostania zupełnie fikcyjnym ministrem w tej samej ekipie oraz “jedynką” na szczecińskiej liście Platformy. Ciekawe, jak to ocenią wyborcy?
8. Joanna Kluzik-Rostkowska
Największy błąd personalny Jarosława Kaczyńskiego, który tę dziennikarkę uczynił ministrem, posłem, wreszcie szefem swojego sztabu wyborczego, ona zaś odwdzięczyła mu się skrajną nielojalnością. Nielojalna okazała się zresztą także wobec posłów, których pociągnęła ze sobą do nowej partii PJN, by i ją wkrótce opuścić – dla pierwszego miejsca na rybnickiej liście PO. To, co dziś mówi o Tusku i Kaczyńskim, stanowi dokładne odwrócenie jej opinii sprzed półtora roku i wzbudza już tylko salwy śmiechu lub uczucie wstydu. I pomyśleć, że jeszcze niedawno byli tacy, którzy widzieli w niej “polską Angelę Merkel”!
9. Jan Filip Libicki
O ile Arłukowicz i Kluzik-Rostkowska nigdy nie uchodzili za osoby szczególnie ideowe, to nie da się tego powiedzieć o poznańskim pośle, od zawsze postrzeganym (podobnie jak jego ojciec) jako tradycyjny katolik i konserwatysta. Nie uchroniło to jednak młodego Libickiego od choroby karierowiczostwa, która w tej kadencji zaprowadziła go od PiS, przez efemeryczną Polskę Plus i PJN, do Platformy – i to akurat w momencie, gdy partia Tuska szczególnie mocno otwiera się na ludzi o poglądach lewicowo-liberalnych. Szczególnym “wianem”, jakie Libicki wniósł do PO, była jego inicjatywa – na szczęście nie podjęta przez liderów tej partii – ustawowego narzucenia Radiu Maryja i Telewizji Trwam doboru gości wypowiadających się na tematy polityczne. Dziś polityk o tak swoistym “dorobku” ubiega się o mandat senatora z ramienia PO.
10. Tomasz Tomczykiewicz
To teoretycznie jedna z największych karier mijającej kadencji. Teoretycznie – bo obecny szef klubu PO (podobnie jak jego poprzednik Zbigniew Chlebowski) nie jest w Sejmie politykiem samodzielnym, lecz posłusznym zawiadowcą maszynki do głosowania akceptującej pomysły rządu. Więcej samodzielności ma jako szef śląskiego regionu Platformy, co niestety wykorzystuje na szkodę Polski, gdyż to z jego inicjatywy wpuszczono do władz województwa Ruch Autonomii Śląska. Tomczykiewicz miał też swój udział w hucpie pod nazwą komisja śledcza ds. śmierci Barbary Blidy – jako jej wiceprzewodniczący i główny pomocnik Ryszarda Kalisza.
Do powyższej dziesiątki najgorszych posłów można dodać jeszcze kolejne nazwiska potwierdzające mierny poziom VI kadencji. Z pewnością należy wymienić zasiadającą od 20 lat w Sejmie (i znów kandydującą!) łódzką posłankę Iwonę Śledzińską-Katarasińska, która jako szefowa Komisji Kultury i Środków Przekazu kilkakrotnie firmowała próby “odpolitycznienia” mediów publicznych, a gdy w końcu Platformie udało się przeforsować te zmiany, obłudnie stwierdziła, że to jej klęska, bo nastąpiło kolejne upolitycznienie. A także krakowskiego posła Jarosława Gowina, który stał się gwiazdą medialną jako “etatowy konserwatysta” w PO, za to jego obecność w Sejmie nie przyniosła żadnych wymiernych efektów: zarówno jego pseudokatolicki projekt ustawy o in vitro, jak i zmiany w konstytucji, które przygotowywał będąc szefem nadzwyczajnej komisji, nie były nawet rozpatrywane na plenarnym posiedzeniu izby. Za to – mimo deklarowanego katolicyzmu i silnych związków z Kościołem – głosował za odrzuceniem projektu ustawy chroniącej życie nienarodzonych.
Jest jeszcze jedna kategoria posłów: takich, których obecność w Sejmie nie miała żadnego sensu. Należą do niej m.in. były AWS-owski wicepremier Longin Komołowski, szczeciński poseł Cezary Atamańczuk czy były wiceminister zdrowia Krzysztof Grzegorek. Ten pierwszy przez 4 lata ani razu nie zabrał głosu (!), dwaj pozostali mieli tylko po jednym, mało znaczącym wystąpieniu, za to swoją obecnością kompromitowali polski parlament: Atamańczuk ma wyrok sądowy za prowadzenie samochodu pod wpływem narkotyków i próbę przekupienia policjanta, a Grzegorek – za korupcję jako dyrektor szpitala. Obaj wprawdzie zostali usunięci z PO, ale mandaty poselskie utrzymali do końca kadencji, głosując zwykle tak jak Platforma.
(opr. PS)
Artykuł ukazał się w najnowszym numerze tygodnika "Nasza Polska" Nr 38 (829) z 20 września 2011 r.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)