Widzę, słyszę, myślę...
Mieszkam w Poznaniu. Jestem Polakiem.
153 obserwujących
764 notki
1625k odsłon
  283   2

Manifest Destiny, czyli Objawione Przeznaczenie

Historyczne zmiany w polityce światowej na ogół następują bardzo powoli. Tak jednak nie było, kiedy Stany Zjednoczone weszły na światową scenę. 27 grudnia 1845, dziennikarz "Democratic Review”, niejaki O’Sullivan w jednym ze swych artykułów wyraził pogląd, w którym sformułował "objawione" prawo Stanów Zjednoczonych do przejęcia Oregonu: "leży to w naszym oczywistym przeznaczeniu, którym jest rozprzestrzenianie się i zajęcie całego kontynentu, ofiarowanego nam przez Opatrzność (...)". W ten sposób powstała doktryna znana jako  "Manifest Destiny" - Objawione Przeznaczenie, czasem błędnie tłumaczone jako Boskie Przeznaczenie. W 1850 "The Annals of America” głosił, że "zadaniem naszym jest spełnić przeznaczenie, Boskie Przeznaczenie, do panowania nad całym Meksykiem, nad Ameryką Południową, nad Indiami Zachodnimi i Kanadą”. W 1885 roku ukazał się esej pod tytułem "Manifest Destiny" autorstwa Johna Fiske’a, w którym autor dowodził potrzeby dominacji Anglosasów na świecie.


Ta filozofia "przeznaczenia” była punktem zwrotnym od dynamiki decentralizacji i początkiem amerykańskiego impulsu ku "totalizowaniu" imperialnych wpływów, które po nim nastąpiły. Oczywiście "Manifesr Destiny"  nie wszystkich pochłonęło   – pierwsi amerykańscy konserwatyści ową doktrynę stanowczo odrzucali. Zresztą politycznie koncepcja ta nigdy nie została sformalizowana ani ściśle skonkretyzowana, ale zagłębiając się w historię późniejszych wpływów USA w świecie, można mieć pewność, że "Manifesr Destiny" miało ogromne znaczenie dla całej zagranicznej polityki Stanów Zjednoczonych.


Dziś obraz tejże polityki nie może być inny. Wcześniej wielokrotnie -  podobnie jak teraz -  prawie wszystkie państwa dramatycznie nie doceniały czasu trwania i powagi różnych konfliktów (z udziałem USA i nie tylko) oraz błędnie interpretowały naturę i znaczenie wydarzeń. Wyraźne analogie widać w historii Cesarstwa Austro-Węgier sprzed I wojny światowej, które wciągając cały szereg sprzymierzonych narodów w lokalny konflikt, szybko wywołały I wojnę światową. Dziś Europa Zachodnia na tej samej zasadzie została wciągnięta w kolejną europejską wojnę z powodu sojuszu/wierności z Waszyngtonem. Trzeba jednak dodać, że propagandowo ta dzisiejsza wojna jest obramowana infantylnym i moralnym tropem - tropem II wojny światowej: Każdy rywal  to inny Hitler, a każdy przemyślany komentarz, to hańbiący  przykład "udobruchania wroga" w wykonaniu Neville’a Chamberlaina -  premiera Wielkiej Brytanii w latach 1937–1940. Ma być tak, że jest Tyran, Tyran pożąda ziem i dominacji Europy, a zwykłym ludziom zostawia się  pytanie, czy "dobrzy i sprawiedliwi" mogą wykazać się pełną determinacją, żeby pokonać Tyrana za wszelką cenę.


Ten uproszczony schemat wyraźnie ma na celu ukrycie przed ludźmi znaczenia punktu, w którym znalazł się cały świat zachodni: punktu, w którym załamuje się ten super-hiper finansowany z sufitu zachodni "model biznesowy”. Innymi słowy, zaciemnianie narracji ("wygrywamy”) kryje w sobie zagrożenia (zarówno polityczne, jak i gospodarcze), których powagi zachodni przywódcy zdają się nie być w stanie (lub nie chcą) zauważyć. Tymczasem Stany Zjednoczone – podobnie jak przedwojenne Austro-Węgry – powoli upadają. Nie da się dłużej tego ukrywać i wyjścia są dwa" albo głęboka reforma systemu gospodarczego i porzucenie " Manifest Destiny", albo wojna - najlepiej światowa, poza terenem USA.  Waszyngton traci kontrolę nad wydarzeniami i popełnia strategiczne błędy. Jednak zachodnie elity rządzące - podobnie jak wielokrotnie wcześniej -  utknęły w błędnym odczytywaniu historii. Interpretacja, która widzi wojnę jako środek do przywrócenia funkcjonalności państwa, napędza tylko centralizację i tak naprawdę różne formy totalitaryzmu, oczywiście pod wyświechtanym już mocno płaszczykiem "demokracji".


Mało kto wie, że przywódcy Chin, Rosji, Indii, Pakistanu, Kazachstanu, Kirgistanu, Tadżykistanu i Uzbekistanu spotkali się 16 września w Samarkandzie, dawnym mieście Jedwabnego Szlaku na szczycie Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Byli tam przywódcy krajów-obserwatorów SCO - Białorusi, Iranu i Mongolii oraz goście specjalni, przywódcy Azerbejdżanu, Turcji i Turkmenistanu. Na tym szczycie  minister spraw zagranicznych Indii nagabywany przez jakiegoś Europejczyka, który chciał wiedzieć, czy popiera Ukrainę, po prostu odparł, że najwyższy czas, by Europejczycy przestali myśleć, że "ich wojny” są wojnami świata: " Nie mamy obozu: jesteśmy naszym własnym obozem”. Innymi słowy, "interesy” Zachodu niekoniecznie "przekładają się” na interesy świata niezachodniego. Świat niezachodni jest swoim "własnym obozem”. Państwa te chcą funkcjonować w ramach zaczerpniętych z własnych doświadczeń historycznych, własnych pomysłów ukształtowanych zgodnie z własną cywilizacją i własnymi interesami. Takie jest znaczenie Samarkandy: wielobiegunowość. SCO odrzuca zachodnie przypuszczenie o wyjątkowym "objawieniu” - przede wszystkim jest to nurt, który kładzie nacisk na suwerenność i samostanowienie.

Lubię to! Skomentuj6 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale