Ostatnie tygodnie, bogate w publiczne wystapienia kandydata Platformy Obywatelskiej na urząd Prezydenta RP przyzwyczaiły część opinii publicznej do coraz większego - rosło wręcz w tempie astronomicznym! - uznania dla szefa rządu Donalda Tuska. Przedstawiciele elektoratu zwanego u nas "niezdecydowanym" lub "przypadkowym" spoglądali tęsknie na premiera z żalem wypominając, że nie kandyduje na ten urząd; co bardziej radykalni zaczynali deklarować nieśmiało, że gdyby zdecydował się, wiedzieliby na kogo zagłosować, choc uprzednio zapewniali, że tak, czy owak pozostaną w domu w dniu wyborów prezydenckich.
Jednak dziś sytuacja uległa zmianie. Bo choć dramaty, jakie wydarzyły się nam niedawno, odsunęły w niepamięć całą wcześniejszą prezentację kandydatów deklaratywnych albo potencjalnych, to oto pojawiła się nić łącząca przeszłość z niełatwą pod wielu względami teraźniejszością. Udało się zapomnieć, co zrozumiałe wobec przetrzebienia politycznych autorytetów, o niektórych cechach charakteru przewodniczącego PO, w tym, jak widać, o pewnej specyficznej jego właściwości, jaką jest sposób dobierania wśród informacji tych, które należy ujawnić opinii publicznej.
Donald Tusk poraz pierwszy zatrząsł scena polityczną przekazując mediom przebieg spotkania z wówczas premierem Kazimierzem Marcinkiewiczem, co zaskutkowało dymisją tego ostatniego. Zdarzało mu się przekazywać dziennikarzom informacje odnośnie przebiegu poufnych spotkań w Pałacu Prezydenckim, na podstawie jego późniejszych wypowiedzi nie można wykluczyć, że to on w jakimś stopniu miał wpływ na upublicznienie stenogramów, które stały się przedmiotem badań Komisji hazardowej. Trudno tez zapomnieć, że informował o przyszłym niewielkim znaczeniu urzędu prezydenta jako przyczynie, dla której odstepuje od kandydowania na tę funkcję. Ostatnio jego decyzją zostały ujawnione stenogramy pokładowe, co do których strona rosyjska zgłosiła zastrzeżenie, że nie potwierdza ich autentyczności i które to zdarzenie spowodowało ujawnienie sie wyrzutów sumienia "kłamliwego" kontrolera tragicznie zakończonego lotu nad Smoleńskiem.
Ujawnianie sekretów - przypuszczalnie wybranych, choć kryteria wyboru za każdym razem moga zastanawiać -czasem ma nastepstwa pozytywne, innym razem nie. Jakie konsekwencje przyniesie poinformowanie ustami rzecznika rządu na zwołanej w tym celu konferencji prasowej dziennikarzy polskich, a byc może, że i zagranicznych, że kradzieży karty kredytowej i środków z niej dokonali rosyjscy milicjanci na miejscu katastrofy samolotu prezydenckiego i że zostali aresztowani, podczas, gdy władze rosyjskie temu zaprzeczają, na razie nie wiadomo. Można przypuszczać, że dla Premiera żadne, bo i dotąd "ujawnienia" jemu osobiście kłopotów nie przynosiły. Niemniej po co to zrobił?
Czyżby, na co zdaje sie wskazywać dementi europosła partii PO Sławomira Nitrasa, obawiał się, że Polacy posądzą jego właśnie albo partię o kradzież? A może zaczyna "grę na szczycie" z wladzami Rosji? Bo rosyjskie media przecież stanowczo zdementowały doniesienie polskiego rządu. Jest jeszcze inna mozliwość: premier włączył się, jak obiecywał, w kampanię kandydata PO na urząd Prezydenta RP i ujawnieniem zamierzał zaprezentować nieustepliwość władzy w sprawie polskich obywateli źle potraktowanych pośmiertnie za granicą przez niedopilnowanie ich rzeczy osobistych. Skoro Bronisław Komorowski niekorzystnie dla wizerunku swojego i PO zbagatelizował znaleziska na terenie Siewiernyj, a polscy archeolodzy ostatecznie nie uzyskali pozwolenia władz rosyjskich na poszukiwania mimo obietnic ministra Boniego, to chociaż niech kradzież karty Przewoźnika zostanie wyjaśniona społeczeństwu. I niech wie, że winnych spotkała (tym razem) kara! Donald Tusk ma jednak doświadczenie w ujawnianiu sekretów na terenie kraju i tylko dla kraju mających znaczenie. Tym razem informacja może mieć reperkusje międzynarodowe, bo nie jesteśmy samotną wyspą, o czym jako przewodniczący partii "otwartej na świat" powinien pamietać.
A może to jednak nie milicjanci ukradli, a przede wszystkim ci milicjanci mogą nie przebywać w żadnym areszcie, tylko w dalekim rejonie Rosji, rzecz jasna służbowo. Chyba brak szans w tym przypadku na ujawnienie się "kłamliwego" dziennikarza rosyjskich mediów rządowych, który wyzna, że oszukał wszystkich twierdząc, że to żadni milicjanci nie byli, bo owszem, to milicjanci jednak i przedstawi ich dane personalne.
Natomiast rzeczywiście pozytywny efekt wizerunkowy w kraju premier osiagnąłby sprowadzając "czarne skrzynki" czy odzyskując telefony satelitarne z kodami NATO, choć juz prawdopodobnie i tak zostały zmienione.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)