O intelektualnych gwałtach ciąg dalszy. Kolejną ciekawą metodą bezczelnego zakłamywania rzeczywistości jest metoda narzucania fałszywego wniosku. Prawo cywilne zna zasadę, w myśl której o istocie zjawiska (czy na przykład umowy) nie stanowi jego nazwa (czy na przykład tytuł), a jego treść (czyli na przykład to co w umowie stoi napisane). Media oraz politycy tej zasady nie znają. Albo inaczej; znają ale bezczelnie ją odwracają.
Pierwszy z brzegu, trywialny w gruncie rzeczy (ale wiele mówiący) przykład to tytuły artykułów na Onecie lub WP. Ileż to razy po wejściu w głąb okazuje się, że artykuł mówi dokładnie coś odwrotnego niż sugeruje tytuł? Ostatnio np. czytałem o tym, że sieci komórkowe w Polsce najprawdopodobniej zmienią nazwy na nazwy swoich zagranicznych właścicieli. Rzecz w tym, że tytuł artykułu brzmiał… „Sieci komórkowe nie zmienią nazw”. Ile osób pozostanie ze świadomością, że tak właśnie będzie zatrzymawszy się jedynie na lekturze tytułu?
Nieco trudniejsza dla polityka/dziennikarza jest sytuacja powiedzmy rozmowy w studio. Ale nic to. Dla chcącego nic trudnego.Dziś np. widziałem wywiad (w Superstacji) z jakimś specem od energetyki atomowej, który klarował przez kilkanaście minut o tym, że elektrowniom w Japonii nic nie grozi mimo, że trzęsienie ziemi było największe od (podobno) kilkunastu dekad. Są one super zabezpieczone, ryzyko katastrofy symboliczne co potwierdzają ostatnie dni. Jak kończy ten wywód dziennikarz? Ano pyta: „Aha, to czy w tej sytuacji ogóle sensownym jest stawianie tak niebezpiecznych budowli, na tak zagrożonych trzęsieniami terenach?”. Towarzysz dziennikarza albo nie zrozumiał nic z tego co mówił ekspert, albo świadomie zignorował przedstawione przez niego wnioski, albo po prostu od początku zamierzał postawić taką pointę, a że nie pasowała ona do wypowiedzi? Życie. Niestety jest tak, że leniwy umysł najpewniej nie zakoduje skomplikowanych treści eksperta, za to spokojnie przyswoi prostą i banalną pointę, że atomówki to jednak duże ryzyko.
Podobna sytuacja z ostatnich tygodni, z zupełnie innej beczki. Sejm przeforsował dopisanie do kodeksu karnego kary za tzw. stalking, czyli nękanie np. sms-ami, telefonami etc (tak jakby nękanie za pomocą różnych narzędzi potrzebowało paragrafów dla każdego z osobna). Dziennikarz przedstawia sprawę jako ogromny postęp i sukces ustawodawczy. Dla podparcia swojego przekonania pokazuje jakąś celebrytkę, która opowiada jak to miała się kiedyś ze stalkerem. Opowiada ona, że ów jegomość ją nękał, straszył i w ogóle był natrętny. Nawet niebezpieczny. Ale hola, hola! Był ów jegomość wg celebrytki także… naiwny! Dokładnie tak się o nim wyraziła. Podobno myślał, że nic mu nie grozi, że policja go nie namierzy, a sądy rzecz generalnie biorąc nie tkną. Jakże się jednak mylił ów stalker! Celebrytka złożyła gdzie trzeba donos i gościa schwytano i osądzono! Brawo! Uważny widz szybko zorientuje się, że coś tu nie gra. No bo jak to? Niby jakieś zachowanie może być skutecznie ścigane przez prawo, a tymczasem wprowadza się na jego okoliczność osobne przepisy (mało ich mamy?) i na dodatek ogłasza się sukces? Ale jako się rzekło: umysł leniwy i tak dalej… Dziennikarz brnie i brnie. Zamiast postawić pytanie: „Jak to? To pani sobie poradziła i bez tego nowego przepisu?”, streszcza opowieść stwierdzeniem, że teraz to już inni ludzie (celberyci też) nie będą mieli takich kłopotów, bo dostają do ręki nowy, wspaniały przepis. Hmmm Co ciekawe celebrytka (to mnie akurat nie dziwi) przejawiała podobne zadowolenie z nowego prawa jak dziennikarz.
Tak to właśnie bywa. A wkrótce kolejne odcinki o medialnych gwałtach.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)