Krzysztof Osiejuk Krzysztof Osiejuk
1136
BLOG

Szkoła, czyli czy telefonem komórkowym da się napisać na tablicy słowo na de

Krzysztof Osiejuk Krzysztof Osiejuk Edukacja Obserwuj temat Obserwuj notkę 8

             Nie mam pewności, a sprawdzać mi się nie chce, ale mam wrażenie, że opisałem tę moją przygodę w książce o markach, dolarach i biustonoszu, gdyby jednak ktoś jej nie znał, przypomnę. Otóż kiedy jeszcze za głębokiego gierkowskiego PRL-u przyszło mi pracować w charakterze sprzedawcy w katowickim domu handlowym „Zenit”, jak wszyscy inni sprzedawcy, wziąłem udział w zorganizowanym przez Radio Katowice konkursie na tak zwanego „najuprzejmniejszego sprzedawcę” i ów konkurs wygrałem. Oczywiście nie wykluczam, że faktycznie byłem bardziej uprzejmy od moich koleżanek-sprzedawczyń, faktem jest jednak, że kiedy ów konkurs trwał moi liczni wówczas znajomi zupełnie oszaleli na punkcie tego konkursu i gremialnie wrzucali na mnie swoje głosy po dziesięć, pięćdziesiąt, czy sto razy, a więc, że tak powiem, szału nie było. Ciekawe natomiast było to, że – o czym osobiście poinformowała mnie przeprowadzająca wywiad pani redaktorka z radia – główną nagrodę dla najuprzejmiejszego sprzedawcy zgarnęła pewna Krysia, a ja się musiałem zadowolić miejscem drugim, a to z tego względu, że organizatorom konkursu bardzo zależało na tym, żeby wszystko było na swoim miejscu i nie okazało się, że wśród tych dziesiątek sprzedawczyń najuprzejmiejszy okazał jakiś mężczyzna.

     Z tego co mi wiadomo, i akurat w żaden sposób mnie to nie dziwi, najuprzejmiejszych sprzedawców w Nowym Wspaniałym Świecie się już nie wybiera, natomiast, owszem, konkursy jak najbardziej istnieją, tyle że na najlepszego przedsiębiorcę, najlepszego pisarza, najlepszy film, czy najlepszą szkołę i że metody według których się je organizuje, nie zmieniły się bardzo, a i podobnie też ich cel został ten sam: chodzi o to, by udowodnić wcześniej przyjętą tezę. A ja dziś chciałem powiedzieć parę słów o tych właśnie najlepszych szkołach. Od dłuższego bowiem czasu próbuję zrozumieć sens owego nałogowego wręcz tworzenia rankingów „najlepszych szkół” i ponoszę porażkę za porażką. W związku z wykonywanym od dziesiątek lat zawodem, znam, czy to z kontaktu bezpośredniego, czy z informacji od osób, które ów kontakt zaliczyły, wszystkie mniej więcej szkoły w mieście na wylot. Podstawówki, gimnazja, licea – można wybierać. I daję słowo, że jedyne kryterium, jakie znam, a które mogłoby pomóc w określeniu poziomu szkoły, to poziom prezentowany przez uczące się tam dzieci. I proszę zwrócić uwagę, ja mówię poziomie dzieci, nie nauczycieli. Dlaczego? Dlatego, że poziom nauczania w każdej z nich jest mniej więcej taki sam. Nie ma żadnego sposobu, by powiedzieć, że ten nauczyciel jest lepszy od tamtego, z tej prostej przyczyny, że każdy nauczyciel, który ma przed sobą zdolną, grzeczną i pracowitą młodzież jest nauczycielem dobrym, a każdy, który się musi męczyć z bandą rozwydrzonych i zgnuśniałych durniów, jest automatycznie nauczycielem złym. Oczywiście, ja nie twierdzę, że nie ma nauczycieli obiektywnie dobrych i obiektywnie złych, bo są jak najbardziej, natomiast z tego co mi wiadomo, nikt dotychczas nie wymyślił sposobu, by ów poziom zawodowych umiejętności zmierzyć.

      Można zatem powiedzieć, że o poziomie szkół świadczą uczniowie, tak jak zostali ukształtowani przez indywidualne, być może wrodzone, zdolności, dom rodzinny, Kościół, kolegów, może jakieś twórcze zainteresowania, natomiast nie ma takiej możliwości, by jego wybitność została ukształtowana przez nauczyciela, choćby nie wiadomo jak dobrego. Takie cuda zdarzają się tylko w amerykańskich filmach. Poza tym, jedyne co nauczyciel może zrobić, to ucznia nie zepsuć, a ponieważ ten najczęściej, i to już w najgorszym wypadku, jest równie głupi, jak nauczyciel, to się w praktyce nie zdarza. To już prędzej uczeń zepsuje nauczyciela, niż ten ucznia.

      A zatem jest tak, że mamy, dajmy na to, najlepsze liceum w regionie i tam 90 procent dzieci to laureaci olimpiad, oraz innego rodzaju mistrzowie z różnych dziedzin, i w związku z tym wieść niesie, że tam poziom nauczania musi być bardzo wysoki. Tymczasem jest tak, że wspomniane liceum już na samym starcie nie żadnej możliwości ruchu, bo to do niego właśnie zgłaszają się najwybitniejsi gimnazjaliści z całej okolicy, po trzech, czterech za każdej szkoły, dzieci najwybitniejsze, najmądrzejsze, najgrzeczniejsze i najbardziej pracowite. Przepraszam bardzo, ale co w tej sytuacji ma do roboty nauczyciel? Nawet nie może na nich nawrzeszczeć i udać srogiego. Daję najświętsze słowo honoru, że ja znam bardzo dobrze tak zwane „najlepsze” licea, czy gimnazja w mieście, podobnie zresztą jak i te „najgorsze”, i nauczyciele w każdym z nich mogą być dokładnie tak samo głupi, mądrzy, leniwi, pomysłowi, czy niekompetentni, jak w tym poprzednim i następnym. W ostatecznym rozrachunku tylko uczniowie wyznaczają ów mityczny i kompletnie fikcyjny „poziom nauczania”.

      Piszę ten tekst, bo w zeszłym tygodniu dotarła do mnie wiadomość, że słynne wydawnictwo Pearson ogłosiło konkurs na najlepszego nauczyciela w Europie i wschodniej Azji i zwycięzcą została nauczycielka angielskiego z Gliwic o nazwisku Bilska. Przeczytałem cały długi tekst na ten temat w lokalnym wydaniu „Gazety Wyborczej” w poszukiwaniu informacji, w jaki sposób międzynarodowe jury odkryło owe nadprzeciętne zdolności, i proszę sobie wyobrazić, że poza tym, że Bilska jest bardzo oddana swojej pracy i na lekcjach stosuje najbardziej nowoczesne metody uczenia, polegające na tym, że wszystkie dzieci mają telefony komórkowe i na tych telefonach rozwiązują jakieś językowe zagadki, tam nie ma nic więcej. Można zresztą obejrzeć sobie na youtubie filmik z jednej z tych lekcji i tam faktycznie jest tak, że wszystko wygląda tak jak w każdej szkole, tyle że dzieci siedzą z włączonymi telefonami i coś tam dłubią. Ze wspomnianego tekstu w „Wyborczej” możemy się zresztą dowiedzieć więcej na temat tego dłubania:

       „Julia Mundzik, drugoklasistka z Gimnazjum z Oddziałami Dwujęzycznymi nr 14 w Gliwicach, najbardziej lubi, kiedy pani Agnieszka organizuje teleturnieje. – Włączamy w telefonach aplikację, która automatycznie przydziela nas do konkretnych grup. Pytania wyświetlają się na tablicy interaktywnej, a odpowiedzi zaznaczamy na smartfonach. Wygrywa grupa, której członkowie odpowiadają lepiej i szybciej – relacjonuje Julia.

      Podoba jej się również gra „Galaxy”, w której wyświetlające się na meteorytach słowa trzeba przetłumaczyć, zanim meteoryty spadną. – Ta gra pokazuje mi, co umiem, a czego nie. Mogłabym poprosić koleżankę, żeby mnie odpytała, ale nie byłoby przy tym frajdy – mówi Julia”.

      Ktoś powie, że to jest takie dziecięce gadanie i że tam z pewnością musi być coś jeszcze poza tymi meteorytami. I owszem jest, ale to już nam opowiedzą dorośli:

      „Agnieszka prowadzi lekcje dla licealistów i gimnazjalistów w ZSO nr 10, a popołudniami wykłada w szkole językowej. Miłość do języka angielskiego łączy z drugą, chyba jeszcze większą miłością – do nowych technologii.

      Bilska niemal nigdy nie przechodzi w tryb off-line. Wciąż sprawdza maile, portale społecznościowe, czyta o nowinkach technologicznych. Sześć lat temu, wraz z uczniami, przekonała Adama Sarkowicza, dyrektora ZSO nr 10, do podłączenia szkoły do szerokopasmowego internetu. Dzięki szkolnemu wi-fi uczniowie mogą przez cały dzień przebywać jedną nogą w wirtualnym świecie. Ale nie oddają się w nim tylko rozrywce, na to czas jest na przerwie. Podczas lekcji szukają informacji w interaktywnych encyklopediach, buszują po portalach społecznościowych i grają w gry – wszystko w celach dydaktycznych. – Kiedy pani mówi: ‘Wyciągamy telefony’, cała klasa się cieszy, bo wiemy, że będziemy robić coś fajnego – mówi Martyna Mielnik, drugoklasistka z Gimnazjum z Oddziałami Dwujęzycznymi nr 14 w Gliwicach, które wchodzi w skład ZSO nr 10.

      Bilska podkreśla, że w internecie jest mnóstwo darmowych pomocy naukowych w języku angielskim. – Ale właściwie nie potrzeba wcale specjalistycznych materiałów i platform edukacyjnych. Kapitalnym narzędziem do pracy na lekcji jest choćby Facebook – mówi.

      Na Facebooku zakłada zamknięte grupy dla poszczególnych klas, inicjuje w nich dyskusje na różne tematy oraz udostępnia uczniom materiały dydaktyczne. Kiedy planuje kartkówkę, tworzy wydarzenie i zaprasza uczniów, by do niego dołączyli. – Na stronie wydarzenia mogę określić zakres materiału, który uczniowie powinni opanować, udostępnić im potrzebne pomoce. Poza tym Facebook automatycznie przypomina o nadchodzących wydarzeniach, więc uczniowie nie mają wymówki, że zapomnieli o kartkówce – opowiada anglistka.

      Czasem niektórzy uczniowie, na przekór, klikają przycisk ‘Nie wezmę udziału’. – Ale i tak wiadomo, że to żart. Nieprzyłączenie się do wydarzenia na Facebooku nie zwalnia z pisania kartkówki ‘w realu’ – śmieje się nauczycielka”.

      Daję słowo, że w ten sposób mógłbym  jeszcze długo cytować ten tekst, bo on sam jest długi jak jasna cholera i równie intensywny, no ale może tylko zostawię dla ciekawych link http://katowice.wyborcza.pl/katowice/7,35055,21354994,anglistka-w-wirtualnym-swiecie-facebook-przypomina-o-kartkowce.html i przejdę do podsumowania.

     Rzecz bowiem w tym, że tu tak naprawdę nie chodzi o te konkursy, te internety i tę całą Bilską z jej nauczycielską pasją, lecz jak zawsze o system edukacji w Polsce i nadzieje, jakie są  to tu to tam wciąż formułowane. Otóż wszystko wskazuje na to, że leżymy, kwiczymy i nie mamy żadnych szans, by się z tego podnieść, bo najwyraźniej ów kierunek został już wytyczony i to wytyczony na dobre. I to nie tylko w edukacji, ale w każdym innym fragmencie publicznej przestrzeni. Edukacja jest tego przekrętu zaledwie jednym z elementów, tyle tylko że często nam najbliższym i przez to szczególnie boleśnie odczuwanym.

 

Polecam wszystkim odwiedzanie księgarni pod adresem www.coryllus.pl, gdzie można kupować moje książki.

      

taki sam

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo