Dziwny i nietypowy dzieciak był ze mnie: inni latali za rówieśnikami, ja byłem małolat - emeryt i w parku, miast cieszyć się beztroską, siedziałem na ławeczce, grzejąc się w słońcu, słuchając opowieści ludzi znacznie ode mnie starszych, ludzi w wieku mojego dziadka.
Przeważnie mówili o sprawach niezrozumiałych dla mnie, lecz ich gesty, mimika, poruszenia ciała, lecz ich porozumiewawcze, ściszone, niejako poufne głosy, choć nie w pełni odsłaniały przede mną swoje prawdziwe znaczenie, to przecież w jakiś sposób wdzierały się w moją pamięć i słowa, które po raz pierwszy usłyszałem od nich, AK, Niedźwiadek, Katyń, po latach, gdy miałem coś w rodzaju swojego rozumu, zaowocowały.
Owsianko
----------------------
DZISIAJ POLECAM:
Ostatnia walka podchorążego "Wilka"
Lato 1943 roku było piękne. Szczególnie piękne w Górach Świętokrzyskich. W ostępach kompleksu leśnego Wykus, organizowały się Świętokrzyskie Zgrupowania Armii Krajowej - Armii Polskiego Państwa Podziemnego. Na rozkaz Komendanta "Ponurego" maszerowały na Wykus, działające dotychczas samodzielnie oddziały "Grota", "Szorta", "Habdanka", "Robota", "Tarzana" i "Oseta".
Zbierają się tam, gdzie w 1863 roku biwakowali dziadowie niektórych z nich, pod wodzą Langiewicza. Ot, taka sztafeta pokoleń. Żołnierze, to młodzi chłopcy z wiosek, miasteczek i miast Ziemi Kieleckiej, już zaprawieni w akcjach dywersyjnych.
W dniu 11 lipca, około 250 ustawionych w szyku na udekorowanej polanie, przysięga wierność Tej, co "Jeszcze nie zginęła". Wśród wiekowych świerków i jodeł niosą się słowa Szefa Sztabu Okręgu ppłk. Rawicza-Jana. Żołnierze! Tu, gdzie stoicie jest Wolna Polska. Słowa te głęboko zapadają w serca i umysły tych młodych ludzi.
Niemcy, przez swoich agentów i szpicli, dokładnie śledzili rozwój sytuacji. Zdawali sobie sprawę z zagrożenia, jakie stwarza samo istnienie tak wielkiego Zgrupowania Partyzanckiego.
Najpierw uderzyli w bazę "Ponurego" - wieś Michniów. W dniach 12 i 13 lipca, karna ekspedycja spaliła wieś i wymordowała jej mieszkańców nie oszczędzając starców, kobiet, dzieci, a nawet niemowląt. Miał to być straszliwy przykład dla całej Ziemi Kieleckiej. Pomoc Zgrupowań przyszła zbyt późno.
Niemcy, prowadzeni przez swoich agentów, za wszelką cenę chcą zniszczyć Zgrupowania. Organizują obławy i zasadzki. Ale Zgrupowania dowodzone sprawnie przez "Ponurego" wymykają się z okrążeń i unikają otwartego boju, w którym nie miałyby żadnych szans zważywszy, że wróg jest wielokrotnie liczniejszy, uzbrojony w broń ciężką, działka, moździerze, wozy bojowe a nawet samoloty, które obserwują ruchy oddziałów Zgrupowania.
Z lasów Wykusu oddziały przechodzą w lasy Iłżeckie. Jednak Niemcy z uporem, jak po sznurku, ścigają oddziały Zgrupowań. Żołnierz ciągle w odwrocie, zmęczony ciągłymi alarmami, wielogodzinnymi marszami po wertepach, często głodny, pragnie otwartego boju, byle już nie cofać się bez końca.
Z lasów Iłżeckich, ciągle ścigane Zgrupowania przechodzą w lasy Niekłańskie. Oficerowie i żołnierze zadają sobie pytanie: skąd wróg zna tak dokładnie drogi odwrotu i miejsca obozowania. Czy wśród oddziałów działają szpiedzy? To pytanie dręczy wszystkich.
Od tragedii Michniowa jakieś fatum prześladuje oddziały. Jednak "Ponury" po mistrzowsku wyprowadza Zgrupowania z kolejnych okrążeń. W lasach Niekłańskich Niemcy albo rezygnują, albo zgubili ślad.
2-go sierpnia Komendant "Ponury" wzywa do siebie pchr. "Wilka", doświadczonego dywersanta i dowódcę plutonu. Rozkazuje, aby "Wilk" na czele patrolu udał się w rejon spalonej gajówki Mościska i tam na polanie, jako patrol kontaktowy, czekał na przybycie pchr. "Halnego", który ma za sobą przyprowadzić Szefa Sztabu Okręgu - ppłk. "Rawicza Jana", pragnącego osobiście zorientować się w sytuacji Zgrupowań.
Z pośród wielu ochotników "Wilk" wybiera "Katylinę", N.N., kaprala "Czarnego", strzelca "czarnego" i strzelca "Jabłonkę". Uzbrojeni w dwa "szmajsery", 3 "steny" i po 4 granaty na każdego, pomaszerowali aby o zmroku zająć stanowiska na polanie, przy ruinach gajówki.
Późnym wieczorem, widząc, że nic się nie dzieje, a zrobiło się zimno, poszli do pobliskiej wsi Majdów i tam w chałupie położonej najbliżej lasu spędzili noc.
O świcie wrócili na polankę i tu nagle zostali ostrzelani huraganowym ogniem ze wszystkich stron. Zrozumieli, że wpadli w pułapkę. Padli na ziemię i zaczęła się walka na śmierć. Do ostatniego naboju i granatu. Niemcy ryczeli: Hande hoch, koniecznie chcąc wziąć jeńca.
To nagłe spotkanie i zażarta obrona zaskoczyły Niemców, którzy w liczbie 20-tu, na 4-ech wozach wjechali w nocy do lasu i w pobliżu gajówki zorganizowali zasadzkę. Wyglądało na to, że wiedzieli o patrolu "Wilka" i przybyciu Szefa Sztabu ppłk. "Rawicza-Jana".
Według relacji mieszkańców wsi Majdów, walka trwała około 15-30 minut.
Serie strzałów i wybuchy granatów usłyszano w obozie "Ponurego", który natychmiast wysłał patrol 1-10 dowodzony przez pchr. "Lina", aby zbadali sytuację. Gdy patrol "Lina" podszedł do polanki, żołnierze patrolu zobaczyli jak Niemcy ładują swoich zabitych na dwa wozy, a na jeden wóz sadzają i układają obandażowanych rannych żandarmów.
Ludzie z Majdowa mówili, że było ośmiu zabitych żandarmów. Żołnierze "Lina" ostrzelali Niemców, którzy jęcząc i przeklinając (ranni) w pośpiechu odjechali. Gdy "Lin" i jego patrol wyszli na polankę zobaczyli, że nasi chłopcy leżą na plecach postrzelani seriami p-emów ze zmasakrowanymi twarzami.
Obok nich łuski po nabojach, a wokół wiele śladów po wybuchach granatów i młode brzózki pokaleczone odłamkami, jakby płaczące nad poległymi. Wszystko to świadczyło, że "Wilk" i Jego chłopcy walczyli do ostatniego naboju i granatu.
W tym czasie nadciągnął "Ponury" z oddziałami. Około 250-ciu żołnierzy w milczeniu i ciszy patrzy na swoich poległych kolegów. I znowu koszmarne pytanie: skąd Niemcy wiedzieli o patrolu "Wilka"? Bo wiedzieli na pewno. Nie mogli przecież, ot tak, zwyczajnie nocą organizować zasadzki w tym miejscu i w tym czasie. Pytanie bez odpowiedzi - do czasu.
Komendant "Ponury", już opanowany, rozkazuje ciała poległych owinąć w koce, złożyć na wozy i pochować godnie na leśnym cmentarzu pod wsią Majdów. Trzeba było widzieć z jaką czułością i jak delikatnie układano poległych na wozach, jak kogoś najbliższego i najdroższego. Za wozami odszedł pluton mający asystować w ostatniej drodze "Wilka" i jego chłopców.
Zgrupowania odmaszerowały w lasy Suchedniowskie a obok tragicznej polanki pozostał "Lin" i dwóch żołnierzy, którzy z rozkazu "Ponurego" mieli jeszcze dobę czekać na "Halnego" i ppłk. "Rawicza". Zajęli stanowiska w pewnej odległości i czekali. O świcie usłyszeli ruch i niemieckie głosy oraz szczęk broni. Patrzą, a na polankę wchodzi około 50-ciu żandarmów.
Otaczają polankę, rozkładają ka-emy na obrzeżach polanki i czekają. Okazuje się, że wróg ciągle czeka, tym razem na "Halnego" i ppłk. "Rawicza". Tak trwali w ukryciu obok siebie, cały dzień i całą noc - trzech partyzantów i dwa plutony Niemców. Rano Niemcy odmaszerowali. "Lin" nie doczekawszy się "Halnego", także ruszył śladem Zgrupowań.
Nikt w owym czasie nie domyślał się nawet, jak głęboko w Sztabie Zgrupował zdrajca - ppr. "Motor" (Jerzy Wojnowski) - kwatermistrz Zgrupowań. Zagłada Michniowa, śmierć "Wilka" i jego chłopców, śmierć "Robota" i Jego obstawy - to "owoce" zdrady "Motora", któremu „Ponury tak bardzo ufał, znanego mu jeszcze z czasów operacji "Wachlarz".
Tak zginął mój starszy kolega z gimnazjum im. św. Stanisława Kostki w Końskich - pchr. "Wilk", Józek Domagała, doświadczony partyzant, wspaniały kolega i dowódca. Tak zginęli Jego chłopcy: "Katylina", "Czarny I", "Czarny II" i "Jabłonka". Dotrzymali przysięgi złożonej 11-go lipca 1943 roku na Wykusie. Jak w naszej partyzanckiej piosence: Lecz chciały Niebiosa, by krew nam na wrzosach Wolności ścieliła kobierce.
Dziś w miejscu ostatniej walki "Wilka" i Jego chłopców, czas zatarł ślady tamtych dni. Las pochłonął wszystko. Tylko stare brzozy, które zaleczyły zadane wówczas rany, szumią cicho pieśń o pchr. "Wilku" i Jego żołnierzach. Pieśń wieczną, jak wieczne są Góry Świętokrzyskie.
Tadeusz Barański "Tatar"
Świętokrzyskie Zgrupowanie AK „Ponury-Nurt"
Przeczytaj też:
Mój jedyny niezapomniany dzień żołnierskiej dumy
Spotkanie
Kiedy w niezwykłych okolicznościach spotkałem mojego nauczyciela i wychowawcę czasów szkoły średniej, stwierdziłem, że czas kilku dziesiątków lat, jakie minęły od pomaturalnego rozstania, nie zmienił ani Jego postaci, ani nie przyozdobił zmarszczkami Jego szlachetnej twarzy.
Jego przeżycia lat walki w partyzanckim oddziale "Ponurego", Świętokrzyskiego zgrupowania Armii Krajowej, ani odniesione tam bitewne rany, ani powojenne prześladowania, jako jednego z żołnierzy "zaplutego karła reakcji", pozostawiły Go takim, jakim zapamiętałem przed laty. Wysoki, zawsze trzymający się prosto, małomówny, z twarzą skupioną i dobrymi oczami.
Wtedy, w latach szkolnych, ze zrozumiałych względów nie wiele wiedzieliśmy o Jego przeszłości. W czasie krótkotrwałej "odwilży" październikowej '56 roku, niezwłocznie powołał do życia szkolną drużynę harcerską według tradycji ZHP II-ej Rzeczpospolitej. W czasie letnich wakacji zorganizował obóz harcerski na terenie swoich partyzanckich walk i szlaków. Tymi trasami prowadził nas, opowiadając o wojennych wydarzeniach, w których brał udział.
Ze zrozumiałych względów wówczas nie mógł mówić wiele.
Przebywając w Polsce, w październiku tego roku, spotkałem mojego nauczyciela Tadeusza Barańskiego - sierżanta podchorążego czasu wojny, ps. "Tatar" - dzięki inicjatywie kilku szkolnych kolegów, którzy zorganizowali "zlot maturzystów" sprzed lat z udziałem naszego dawnego wychowawcy.
We wrześniowym "zlocie" nie brałem udziału, ponieważ poszukiwania mojej skromnej osoby robione przez organizatorów spotkania - zataczając szeroki krąg i daleki dystans - dały w rezultacie to, że odnaleziono mnie w Warszawie, kilka dni po ustalonym wcześniej wrześniowym spotkaniu.
W innych już okolicznościach i w mniejszym gronie szkolnych kolegów spotkałem naszego druha, nauczyciela i wychowawcę. Od Niego otrzymałem później maszynopisy wielu wspomnień, opisów wydarzeń i refleksji.
Ich treść jest przesycona prawdziwym patriotyzmem i głęboką wiarą w Boga. W załączonym tu wspomnieniu, jednym z wielu przekazanych mi przez "mojego" Tadeusza Barańskiego, można zauważyć, jak znacząca jest różnica w Jego rozumieniu takich pojęć jak: suwerenność, patriotyzm, solidarność, w stosunku do postawy obecnie, nierzadko dostrzeganej, zarówno wśród tzw. osób pierwszoplanowych, jaki i tych spotykanych wśród nas, lekce sobie ważących te pojęcia, w imię których walczył podchorąży Tadeusz Barański "Tatar" i wielu innych.
Wiesław Kwaśniewski
Ponieżej prezentujemy - dzięki uprzejmości Pana Wiesława - pierwszy z tekstów Tadeusza Barańskiego "Tatara". Wkrótce następne.
Mój jedyny niezapomniany dzień żołnierskiej dumy
Koniec sierpnia 1944 r. Piękna "złota polska jesień". Po odwołaniu przez K-dę Główną AK rozkazu marszu na pomoc walczącej Warszawie, Kielecki Korpus AK "Jodła" nocnymi marszami powraca na tereny Okręgu, aby tam kontynuować "Akcję Burza".
Wraca też 2 p.p. Legionów. Po przekroczeniu przez pułk newralgicznej szosy Końskie-Skarżysko i torów kolejowych, zapadamy w lasach na południowy-wschód od Końskich. Pierwszy batalion zakwaterował się w leśnej wsi Małachów. Zmęczeni czujemy, że tu wypoczniemy przynajmniej 2 dni.
Wtedy pomyślałem sobie: "przecież od Małachowa do mojej rodzinnej wsi jest w linii prostej jakieś 15 kilometrów. Rowerem czy konno, po bocznych drogach za 2-3 godziny mogę być w domu." Szybka decyzja. Zgłaszam się do dowódcy kompanii por. "Habdanka" (Oskar Stefanowski) i proszę o 24-godzinny urlop w celu odwiedzenia rodziny, zmiany bielizny itp. "Habdank" znany był z tego, że obcy mu był język salonowy. Spojrzał na mnie ponuro i warknął: "sp...laj, tylko żebyś za 24 godziny zameldował się u mnie".
Kolega ze zwiadu konnego, Sylwek Jaworski "Strzemię", zgodził się pożyczyć mi swoją szkapę, całkiem dobrze prezentującą się. D-ca zwiadu, ppor. "Bogoria" (Stanisław Skotnicki) wyraził zgodę. Pożegnałem się z kolegami i krótko po godzinie 10-ej wyruszyłem w drogę.
Jako kawalerzysta byłem dobry. Wychowałem się bowiem na wsi, wśród koni. Miałem ze sobą pistolet maszynowy (Schmeiser) z 3-ma magazynkami oraz 2 granaty obronne (siekańce). Tak, że uzbrojony byłem nieźle. Jechałem pełen zadowolenia przy pięknęj pogodzie.
Od Małachowa przez Wincentów, ominąłem Dziobałtów, gdzie stała niemiecka bateria artylerii i przez Kazanów-Budy, Przybyszowy, pędziłem do rodzinnej wsi Bedlna. Wiosek nie omijałem, gdyż w tych okolicach widok Podziemnego Wojska nie był sensacją.
Była niedziela, ludzie szli do kościołów. Patrzyli na mnie z sympatią, pozdrawiali (szczególnie dziewczyny) i chyba dziwili się, dokąd ten samotny "ułan" podąża? Byłem ubrany w bluzę od "battle-dress-u", bryczesy i oficerki z ostrogami, które pożyczył mi "Strzemię", więc prezentowałem się całkiem dobrze. Do tego p.m. i granaty na pasie.
Do rodzinnej wsi wjechałem stępem, około godziny 13-ej, kiedy akurat ludzie wychodzili z sumy z kościoła. Konia przywiązałem u płotu, naprzeciw kościoła i stałem patrząc, jaką wzbudziłem sensację i podziw. Ludzie, sąsiedzi, znajomi, mężczyźni, kobiety i dzieci uśmiechali się do mnie serdecznie i witali. Przede wszystkim byli zdziwieni skąd nagle samotny "ułan"?
Wyszedł i mój Ojciec - człowiek opanowany. Pocałowałem Go w rękę (taki w naszej rodzinie i na wsi kieleckiej był obyczaj, że rodziców całowało się w rękę). Porozmawiałem ze znajomymi i poszliśmy do domu. W domu zastałem dwie siostry. Dwóch braci nie było, bo poszli "w kawalerkę" do sąsiedniej wsi. Zjadłem obiad, zmieniłem bieliznę i zacząłem zbierać się do drogi powrotnej.
Wtedy do mieszkania wpadł zdyszany chłopak i powiedział, że z Końskich przyjechali na rowerach "granatowi" policjanci (było ich 3) i na tzw. Bugaju chodzą od domu do domu i spisują ludzi do pracy przy budowie okopów w okolicy Czermna, tj. około 15 km od Bedlna.
Chwyciłem pistolet, zaczepiłem za pas granaty i prowadzony przez chłopca poszedłem wolno w kierunku Bugaju. Ludzie patrzyli ze strachem - przeważnie kobiety. Ostrzegali "tam policja!". Ale to już były inne czasy. Nie bałem się. Byłem tylko ciekawy jak zareagują. Zdjąłem pm z piersi i trzymając go w jednym ręku, udając obojętność, poszedłem.
Patrzę, stoją na podwórku jednego z gospodarzy, otoczeni lamentującymi kobietami. Gdy mnie zobaczyli - oniemieli. Wszak zjawiłem się jak duch. Stanęli na baczność. Widzę, że mają chyba "napoleońskie" karabiny i to jest całe ich uzbrojenie. Widać, że straszliwie się boją. Pytam, co tu się dzieje? Kobiety przekrzykując się wzajemnie, skarżą się, że policjanci robią spisy do pracy "na okopach", że chcą wszystkich młodych wywieźć na dwa tygodnie, a tu przecież prace jesienne, siewy, wykopki.
Policjanci wyjaśniają mi, że taki mają rozkaz od niemieckiego starosty w Końskich, że oni też są Polakami, itp.
Krótko zastanawiam się co robić? Rozbroić, zabrać rowery, spuścić lanie i przepędzić? Podchodzi mój Ojciec i mówi: "synu pamiętaj, że ty odjedziesz a my tu zostaniemy i wtedy Bóg jeden wie, co zrobią z nami Niemcy".
Miał rację mój mądry Ojciec.
Zwracam się do policjantów i mówię: "mówicie, że jesteście Polakami. Jeśli tak, to wracajcie do Końskich, a jak wytłumaczycie się, to wasza sprawa. Zresztą powiedzcie Niemcom, że we wsi panuje tyfus i ludzie chorują (Niemcy bardzo bali się epidemii tyfusu). Wreszcie zaproponowałem im, że mogą jechać ze mną do Oddziału. Odmówili mówiąc, że mają rodziny i Niemcy mogliby zemścić się na bliskich. Podziękowali mi za "łaskawość" i odjechali.
Ja, otoczony chmarą dzieci, żegnany serdecznie przez ziomków wybawionych z opresji, pierwszy raz poczułem się "wyzwolicielem", żołnierzem Polski Podziemnej, Jej obrońcą i obrońcą moich braci w Ojczyźnie.
Wróciłem, patrzę a moja szkapa otoczona jest przez chmarę dzieci. Karmią ją chlebem, głaszczą, przytulają się. Wokoło stoją znajomi, sąsiedzi i widzę jacy są dumni ze mnie - syna tej wsi, tej ziemi. Żegnam się z siostrami, Ojcem (całuję Go w rękę). Staruszek jest dumny i wzruszony. Żegnam sąsiadów, znajomych. Jestem szczęśliwy. Jestem dumny. Wsiadam na szkapę i wyjeżdżam w kierunku Bedlenka, nadkładając drogi, aby przejechać przez wieś. Z podwórek, z okien uśmiechy i pożegnania, serdeczne i ciepłe.
Zbliża się wieczór, a ja człapię w zadumie do swoich, do Oddziału i jestem szczęśliwy. Około 20-ej melduję się u por. "Habdanka", który żartobliwie pyta, dlaczego nie zostałem na noc z jakąś dziewczyną i kończy: "jesteś „Tatar" fajtłapą, ja bym nie przegapił okazji". Składam mu relację z incydentu z policjantami. D-ca udziela mi pochwały mówiąc, że postąpiłem roztropnie. Szkapę całą i zdrową zwróciłem koledze ze zwiadu.
I na zakończenie taka refleksja:
My żołnierze Polski Podziemnej przez cały okres wojny i walki marzyliśmy o tym, aby wywalczyć Wolną Polskę a po zwycięstwie wkroczyć do naszych miast i wiosek jako zwycięzcy, jako wyzwoliciele, przy "fanfarach i w świetle jupiterów". O tym przecież marzy każdy żołnierz. Przez wiarołomstwo naszych sojuszników, historia odmówiła nam tego, na co zasłużyliśmy naszą 5-cio letnią walką i krwią.
Chcieliśmy być dumni i nawet to nam odebrano. Zamiast dumy ze zwycięstwa - bo przecież nie oczekiwaliśmy nagród, awansów itp - nadeszły czasy mroczne i ponure na długie, długie lata...
Ja jednak miałem swój dzień radości i dumy a było to w tamtą sierpniową niedzielę 1944 r. gdy było mi dane wjechać do mojej wsi jako żołnierz Polski Podziemnej. Wtedy naprawdę poczułem się obrońcą mojej wsi, moich współbraci i mojej Ojczyzny. Będę ten dzień wspominał do chwili, kiedy Bóg Miłosierny powoła mnie na inną, bo już "wieczną wartę". Minęło przecież od tamtych dni 60 lat.
http://www.prawica.net/node/9568




Komentarze
Pokaż komentarze