W dzień podobny do tego, w dzień skłaniający do pogłębionych refleksji, zaczynamy zastanawiać się nad sensem swojej wegetacji, posypujemy głowę popiołem i robimy sobie rachunek sumienia.
Rachunek jest krótki, jak ten dzień i już następnego, przystępujemy do życia według starych przyzwyczajeń.
Znowu powracają w nas upojne nawyki do niefrasobliwości, znowu nie przejmujemy się NICZYM i, jak przedtem, opędzamy się od natręctwa cudzych zmartwień.
2
Umówiliśmy się, że będziemy dożywotnio zdrowi, bez przerwy młodzi, na umór szczęśliwi i wprost kwitnący.
A przecież jesteśmy społeczeństwem coraz starszym; to, że pierniczejemy z wiekiem, jest faktem znanym od początku świata.
W czasach faraonów, Cyncynata lub Napoleona, był to proces normalny. Jednak teraz jest inaczej, teraz staramy się nie mówić o swojej starości (mówienie o śmierci CUDZEJ, przychodzi nam z mniejszymi oporami!).
O śmierci, jako biologicznej konsekwencji naszego życia, mówimy niechętnie. Tak samo, jak o pozostałych tematach trudnych, wstydliwych, pomijanych ze strachu przed prawdą.
Staramy się nie myśleć, że zdziecinnienie może dotknąć też nas. Że i nas czeka to, przed czym się bronimy. Kurczowo, lecz nadaremnie. Co jest zabawne, no bo jak człowiek, w pełni władz umysłowych, może udawać, że nie ma czegoś, jak to coś jest?
Komentarze
Pokaż komentarze