Ostatnio pisałem o trollach bytujących na blogach politycznych, o profesjonalnych dyletantach nie bardzo zorientowanych w historycznym umiejscowieniu zdarzeń, lecz z pasją i furią dowodzących SWOJEJ pożałowania godnej racji. Zanim jednak przejdę do trolli rzucających się na ludzi zwanych literatami, stwierdzić trzeba, że, podobnie, jak nie mają bladego pojęcia o literaturze, to o paskudnych czasach P.R.L., są uprzejmi wiedzieć MNIEJ, NIŻ ZERO.
Nic ich to zresztą nie obchodzi, bo kto tego nie doświadczył, nie odczuł na własnej skórze, nie miał kogoś inwigilowanego - w rodzinie czy wśród przyjaciół, ten nie jest w stanie wyobrazić sobie, w jak perfidny sposób doprowadzano człowieka do załamania, do skłócenia i rozpadu rodziny. Zgodnie z zasadą: DZIEL i RZĄDŹ.
Szantażem, psychicznymi torturami, wymuszano decyzję o współpracy z SB. Groźby stosowane wobec ludzi wytypowanych do roli szubrawców, były wymyślne, a ich repertuar - urozmaicony. Działano zgodnie z komuszym zaleceniem: „każdemu wedle potrzeb". W imię tego frazesu, szukano słabych miejsc, wątłych i skorodowanych ogniw w kandydacie na łachudrę.
Miejsca szczególnie podatne na próby werbunku na TW, to kompleksy, strach, charakterologiczne przywary i ułomności. Skrywane, wstydliwe, zatajone i obsesyjnie chronione przed bacznym okiem i uchem wszechobecnej i wszystkomogącej esbecji.
A także sprawy dotyczące najbliższych, np. sprawy zdrowotne, związane z ratowaniem kogoś z rodziny, problemy ZAGRANICZNEGO leczenia, np. przeprowadzenia drogiej i skomplikowanej operacji chirurgicznej, te moralne dylematy związane z nierealnością prostego ich rozwiązania.
SB wykorzystywała każdą nadarzającą się sposobność, każde potknięcie. Pieczołowicie, z myślą o czekającej ją, niepewnej przyszłości, bezlitośnie i na zimno, wszelkimi metodami, gromadziła teczki, haki, zabezpieczenia, umacniała jedynie słuszną linię swojej partii.
II
Książki znają tylko dlatego, że w drodze do przedszkola zawadzili wzrokiem o wystawę jakiejś księgarni. Lepiej już się orientują w obrazkach, w komiksach, w czymś, co nie wymaga od nich długotrwałego wysiłku umysłowego. Preferują bowiem krótkie dystanse. Tekst długi, a na dodatek - trudny, bo zmuszający do myślenia, budzi w nich wstręt, lekceważenie i pogardę.
O psychologicznych aspektach złożonej osobowości twórcy, o procesach myślowych decydujących o tekście autora, o uwarunkowaniach i sposobach tworzenia, o meandrach biografii pisarza, o obfitości dzieł pozostawionych przez niego, wiedzą mało.
Mówię tu o pisarzach wybitnych, o pisarzach, których się ma za nic, których się podgryza, opluwa i szczypie. Mówię tu o piszących od lat, od lat wydających swoją twórczość w kraju i na całym świecie. O pisarzach - instytucjach. O pisarzach bezustannie potwierdzających swoją wartość, swoje poglądy i stylistyczną maestrię.
Cenieni gdzie indziej, w swoim własnym kraju są przedstawiani w złym świetle. Ich znakomite sylwetki są pomniejszane, a ich twórczość spotyka się z niewybrednymi atakami ludzi podłej wiary, ludzi o minimalnych osiągnięciach.
Grupa bezpłciowego formatu, papkinowskie figury wyrosłe z piany po wymarzonych, a przeputanych, rozgadanych i pieczeniarskich czasach, ta histeryczna publika wyszarpana z nicości, wypowiada się o nich tak, jakby wiedziała, co mówi.
Sprawia to jej niesłychaną, zwyrodniałą frajdę. Podnosi na piskliwym samopoczuciu. Jej, bo ludziom piszącym, niejednokrotnie wkładającym serce w swoje teksty, liczącym, że szczerość ich wyznań spotka się raczej z aprobatą czytelnika, niż z ośmieszaniem, sprawia przykrość.
Komentarze
Pokaż komentarze (9)