0 obserwujących
27 notek
35k odsłon
  190   0

Uczkiewicz: All inclusive = wczasy pracownicze?

Plajtujące w środku sezonu biura podróży to nasza nowa świecka tradycja. Jednak w tym roku doszło – przynajmniej w mediach - do zmiany jakościowej. Klientów splajtowanego biura przedstawiano niczym ofiary tsunami czy torturowanych przez krwawą huntę dysydentów.  

Opowieściom opalonych w egipskim słońcu podróżnych poświęcono więcej uwagi niż powodzianom z Kotliny Kłodzkiej. Cóż, powódź to jedynie klęska żywiołowa, a przedwczesne zakończenie wypoczynku all inclusive to zamach na „podstawowe prawa człowieka”. All inclusive staje się symbolem III RP. Tak, jak wczasy pracownicze były symbolem PRL.
 
Wystarczy spojrzeć w nie tak odległą przeszłość. Wszak  masowe wczasy pracownicze, zainicjowane przez Bolesława Bieruta, to jedna z najważniejszych zdobyczy Polski Ludowej. Już podczas strajków w 1970 roku jednym z postulatów był powszechny dostęp do tanich, atrakcyjnych wczasów pracowniczych. Od tego czasu żądanie to powracało przy każdym kryzysie systemu…
 
Fotki z „all inclusive” to przebój popularnych portali społecznościowych, gdzie pod pozorem podtrzymywania kontaktów chwalimy się naszymi osiągnięciami: fotografujemy siebie i swoje dzieci jako tło dla samochodu, domu, samolotu czy choćby kolorowych drinków „z parasolką” w tureckim hotelu. Udowadniamy sobie (bo przecież nie innym), że jesteśmy „kimś”, że „stać nas”, że wymarzony dobrobyt jest w zasięgu naszych możliwości. Tak, jak w PRL, kiedy to wczasy były „nagrodą”, a ich atrakcyjność świadczyła o pozycji w hierarchii społecznej ( na szczególne względy liczyć mogli przodownicy pracy, zasłużeni pracownicy strategicznych gałęzi przemysłu, a zwłaszcza przedstawiciele wszelkiego szczebla władz).
 
Tymczasem ciągle czytamy i słyszymy o skargach na Polaków, wypoczywających w egipskich i tunezyjskich kurortach: że wynoszą jedzenie z restauracji, że wszystko krytykują, że za małe pieniądze oczekują Bóg wie czego, że upijają się (bo w końcu all inclusive), że całymi dniami nie wychodzą z hoteli i okupują hotelowe baseny, że kradną ręczniki z pokoi. Tego rodzaju model „wypoczynku” nie bez przyczyny wydaje się mieszkańcom zachodu egzotyczny. Tego trzeba w dzieciństwie. Jednym słowem, trzeba pamiętać peerelowskie wczasy pracownicze. Jak donoszą statystyki, w złotej epoce Edwarda Gierka ulubionym zajęciem wczasowiczów było oglądanie telewizji (72%), zaraz potem uplasowała się gra w karty i „beztroskie konwersacje”. Wypoczynek na wyjeździe kojarzony jest więc od pokoleń z całkowitą bezczynnością zarówno fizyczną, jak i umysłową.
 
W zasadzie wszystko jedno, dokąd się udamy – ważne, żeby był samolot, drinki i basen z niebieską wodą, która tak dobrze wychodzi na zdjęciach. Turcja, Tunezja, Bułgaria? Nie ma znaczenia. Przecież i tak nie wyjdziemy poza hotelowy ogród – na dodatkowe zwiedzanie czy kosztowanie potraw w lokalnych restauracjach najzwyczajniej nas nie stać. Bo do tej bogatej części ludzkości mamy jeszcze daleko… Gdybyśmy mieli bliżej, nie uważalibyśmy fotografii z kolorowym drinkiem za powód do szczególnej dumy.
 
Katarzyna Uczkiewicz
 
Więcej o fenomenie wczasów pracowniczych w najnowszym numerze kwartalnika "Pamięć i Przyszłość"

 

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości