Znajomy Józefa K. Znajomy Józefa K.
99
BLOG

Potęga chcenia

Znajomy Józefa K. Znajomy Józefa K. Społeczeństwo Obserwuj notkę 0

Powiadają, że jak nie wolno, a bardzo się chce, to można. Ale prawdą jest też, że jeśli chce się zbyt mocno, to tym bardziej może nie wyjść. Życiowo udowodnione.

Ta błyskotliwa myśl (dziękuję uprzejmie za oklaski) odnosi się, zdaje się, do wszystkich dziedzin życiowych. Ale po cóż sięgać po przykłady tak wielkie jak miłość, powodzenie zawodowe czy szczęście permanentne, kiedy można się podeprzeć bardziej prozaicznymi przypadkami potwierdzającymi regułę.
Lata temu, kiedy byłem jeszcze w wieku pacholęcym, młodzieżowym, pojechałem sobie razem z kolegami do Ipswich w ramach międzyszkolnej i międzypaństwowej wymiany młodych, a rokujących jakieś tam nadzieje. Program pobytu zakładał, że każdy z nas zostanie zakwaterowany osobno u rodziny angielskiej, dzięki czemu będzie się lepiej asymilować i wtapiać w krajobraz. Wszystko szło dobrze do momentu kiedy angielskie rodziny zaczęły nas karmić. Wiadomo powszechnie, że wyspiarskie zwyczaje żywnościowe różnią się nieco od ojczyźnianych. I tak mojemu koledze, codziennie rano na śniadanie, serwowano tosty z dżemem. Chłop najpierw próbował się przyzwyczaić. Próbował mocno, choć dostawał już gęsiej skórki na sam dźwięk tostera, który alarmował wszystkich dookoła wypluwając w powietrze kromki chleba. A potem poskarżył się organizatorom. Organizatorzy porozmawiali z gospodarzami, a ci zrobili wielkie oczy, twierdząc, że posiłki są urozmaicone, zdrowe i wysoko witaminizowane, ponieważ każdego dnia częstują gościa dżemem o innym smaku i mielonym na bazie innych owoców. Skończyło się na tym, że kolega przez resztę turnusu żarł te tosty klnąc na czym świat stoi.
A potem nastąpiła rewizyta: delegacja Wyspiarzy przyjechała do Polski, a kolega natychmiast przystąpił do realizacji okrutnego planu vendetty. Otóż codziennie rano angielski nieszczęśnik, który stacjonował u niego w chałupie, otrzymywał na śniadanie gotowaną kiełbasę najpodlejszego gatunku. Prosto z wody! Okazał dużą twardość ducha, bo posłusznie jadł przez parę dni, nim wreszcie poskarżył się organizatorom. A kolega zrobił wielkie oczy i ripostował celnie: żarcie jest wartościowe, wysokokaloryczne i urozmaicone, bo każdego dnia oko gościa cieszy innym rodzaj kiełbasy.
Jakiś czas temu oglądałem sobie teleturniej w angielskiej telewizji: oglądałem i oczom nie wierzyłem. Na środek studia wyjechały dwie przenośne toalety, a dwóch zawodników, mężczyzna i kobieta, zostało zaproszonych do środka. Minimalnych rozmiarów drzwi zasłaniały im części dolno-tekstylne; zawodnicy spuścili gacie, usiedli na sedesach i dowiedzieli się, co trzeba zrobić, żeby wygrać ładny samochód. Otóż prowadzący zadawał pytania, a jeśli któryś z graczy znał prawidłową odpowiedź musiał najpierw siknąć do środka – zainstalowany w muszli sprzęt najnowszej generacji wykrywał tę czynność i uruchamiał brzęczek. I dopiero wtedy, gdy brzęczek brzęczał gracz miał prawo do dopasowania odpowiedzi do pytania. Kobieta wysikała sobie zwycięstwo. Choć sfrustrowany mężczyzna znał większość prawidłowych odpowiedzi i widać było, że też bardzo chce wygrać…

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo