Jaromir Kwiatkowski
Jaromir Kwiatkowski
Paweł Pomianek Paweł Pomianek
158
BLOG

Pożegnaliśmy Jaromira Kwiatkowskiego. Od niewielu nauczyłem się w życiu tak dużo

Paweł Pomianek Paweł Pomianek Kultura Obserwuj notkę 1
Dziś pożegnaliśmy Jaromira Kwiatkowskiego, wybitnego rzeszowskiego dziennikarza. I jednego z nielicznych ludzi w moim życiu, którego na pewnym etapie mógłbym nazwać swoim mentorem.

Wiadomo, ja zwykle „sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem”. Poszedłem też w życiu zawodowym trochę w inną stronę, choć jednak i działalność dziennikarską w ten czy ów sposób praktykuję – czasem w ramach pracy, czasem wolontariatów.

Tak czy siak, powiedziałbym, że Jaromir jest jednym z tych ludzi, którzy jako jednostki najbardziej na mnie na pewnym etapie wpłynęli, najsilniej mnie ukształtowali.

Poznaliśmy się w 2007 r. w bardzo nietypowych okolicznościach w kontekście głośnej afery wokół książki śp. ks. Isakowicza-Zaleskiego „Księża wobec bezpieki”, w której autor ujawnił fakt współpracy z SB obecnego w tamtym czasie (w 2006 r.) ordynariusza rzeszowskiego bpa Kazimierza Górnego. Nie będę wchodził w szczegóły, jak wyważony był fragment książki poświęcony jego osobie i że wcale nie stawiał go w wyjątkowo w złym świetle – to nie stanowi istoty tego wywodu, ale króciutko to zaznaczam, bo wydaje się ważnym kontekstem. W każdym razie Diecezja zareagowała bardzo ostro, środowisko biskupa pomocniczego przygotowało wyjątkowo niemerytoryczny, agresywny, słaby nawet językowo list przeciwko autorowi. Nagonka trwała również w diecezjalnym dodatku do „Niedzieli”. Jaromir, który od zawsze cenił ks. Isakowicza-Zaleskiego, postanowił stanąć w jego obronie, pisząc m.in., że „przydałoby się, gdyby biskup napisał w tej sprawie list do diecezjan”. Także i jego spotkały w związku z tym ataki i stał się wrogiem Diecezji.

Jaromir miał już wtedy nazwisko jako lokalny dziennikarz, był też znany z zaangażowania kościelnego, więc tym bardziej atak wydał mi się niesmaczny. Jako że kończyłem wtedy studia teologiczne na KUL-u, żyłem mocno tą sprawą. A jako że był to czas, że już coś tam pisywałem, postanowiłem stanąć po tej właściwej stronie, czyli po stronie ks. Isakowicza-Zaleskiego i Jaromira. Napisałem tekst pt. „Kompromitacja 507 rzeszowskich kapłanów”; działałem wtedy w Stowarzyszeniu KoLiber, wprawdzie w strukturach lubelskich, ale miałem dobry kontakt z chłopakami z Rzeszowa, którzy puścili mi to na stronie rzeszowskiego oddziału stowarzyszenia (od dawna już dziś nieistniejącej). Osobno wysłałem ten tekst do Jaromira na jego adres mailowy w „Nowinach”.

Ku mojemu zaskoczeniu wkrótce odpisał, podziękował za wsparcie i merytoryczny tekst. Stwierdził – o ile pamiętam – że nie bardzo ma możliwość go opublikować, ale po kilku tygodniach udało mu się w nieco skróconej formie puścić go w „Nowinach” jako list od czytelnika. Ku mojemu jeszcze większemu zaskoczeniu zaprosił mnie do redakcji na spotkanie i odbyliśmy bardzo miłą rozmowę. I tak zaczęła się nasza znajomość.

Dziwiło mnie, że dziennikarz o takim nazwisku, o którym mówiło się i u mnie w domu rodzinnym, i w ogóle, poświęca czas chłopaczkowi bez nazwiska, który napisał jakiś tam tekst. No ale po pierwsze – gdy już później go znałem – wiedziałem, że taki jest: że on docenia każdego, każdemu jest gotowy poświęcić czas. To, że lubił ludzi, że dużo z nimi rozmawiał, było też zapewne jego bazą do bycia rzetelnym i odważnym dziennikarzem.

Głównego powodu jednak tego, że wtedy tak właśnie postąpił, dowiedziałem się w sumie po latach, gdy już więcej współpracowaliśmy, ale nie od niego bezpośrednio, tylko z jednego z jego artykułów. Napisał wtedy, że w całym sporze wokół biskupa Górnego, w sporze z diecezją, on został sam. Jedyną osobą, która go publicznie poparła, był „młody dziennikarz Paweł Pomianek” – tak to wtedy ujął.

Dziś, gdy odszedł, najbardziej na nowo cieszę się właśnie tym: Cieszę się tym, że on się tak zachował – że stanął odważnie przeciw instytucji, swojej instytucji, bo przecież on zawsze utożsamiał się z Kościołem. Cieszę się, bo był to dla mnie przykład wzorowej odwagi. Rzadkiej. Który gdzieś ciągle mam z tyłu głowy. I cieszę się, że właśnie wtedy – również dzięki pewnej odwadze (choć ja ryzykowałem bez porównania mniej) – miałem okazję stanąć przy człowieku; w szczególnie trudnej sytuacji, bo gdy był gnębiony przez swoich – za to, że ośmielił się mieć w konkretnej sprawie inne zdanie. I przy człowieku, który był tego wart, którego powinno wesprzeć wielu; a innym zabrakło jaj (a może po prostu było to dla nich mało istotne). Cieszę się też, że poznaliśmy się w jednym z tych momentów, które są w życiorysie Jaromira najbardziej świetlane i godne szacunku – bo wykazał się prawdziwą odwagą. Dla dziennikarza – bezcenne. Łatwo kopać przeciwników razem z innymi. Najtrudniej zawsze otwarcie sprzeciwić się swoim. Podczas pogrzebu wiele było mowy o tym, że zawsze ważna była dla niego prawda. Niewątpliwie i ta sytuacja była bardzo wyraźnym tego przejawem.

Wiele się też wtedy nauczyłem o mechanizmach funkcjonujących w Kościele. Na większą skalę z żalem i zażenowaniem obserwowaliśmy to mniej więcej dziesięć lat później w odniesieniu do ujawnianych spraw o wiele bardziej poważnych niż te, o których pisał w swojej książce ks. Isakowicz-Zaleski (zresztą i wtedy śp. ks. Tadeusz odegrał jedną z najbardziej pozytywnych ról w sprawie). Ale nie okazja to na roztrząsanie.

W każdym razie co do swojego miejsca w Kościele Jaromir nawet się wtedy nie zachwiał. Działał tam, gdzie działał, robił swoje (w Rzeszowie był związany przede wszystkim z Saletynami), a z czasem krok po kroku odbudował też, jak się wydaje, zaufanie względem siebie w Diecezji – był przecież w tym, co robił, autentyczny. I był absolutnie Kościołowi oddany.

A nasza znajomość z Jaromirem, zadzierzgnięta przy tamtej sprawie (nietrudno się domyślić, że to wszystko zbudowało między nami duże zaufanie), rozwijała się. Gdy potrzebowałem praktyk w ramach podyplomowego studium dziennikarstwa, Jaromir nakręcił mi je w „Nowinach”. Wprawdzie nie byłem pod nim, bo „Publicystyka” nie dostawała praktykantów, tak dobrze to nie było. Ale jako że dwutygodniowe praktyki przedłużyły się do pięciomiesięcznej współpracy, wiele miałem okazji, by zejść piętro niżej do Jaromira, pogadać chwilę. Ze dwa razy puścił mi jakiś tekst, którego żaden inny wydawca by nie opublikował.

Kilka lat później mieliśmy okazję współpracować ściśle. Udało mi się wciągnąć Jaromira do jednego projektu też związanego z tematyką kościelną, choć oczywiście niefunkcjonującego pod kuratelą Kościoła instytucjonalnego. I namówić właścicieli, żeby w niego zainwestowali. Parę lat podziałaliśmy razem. Odbywaliśmy wtedy częste i długie rozmowy telefoniczne (och, z Jaromirem to się rozmawiało, jak już zadzwonił! zawsze miał do powiedzenia dużo ciekawych rzeczy – a nie miał w zwyczaju mówić szybko, mówił spokojnie, rozważnie, powoli), po kilka razy odwiedziliśmy się nawzajem, opracowując to i owo. Wiele razy polemizowaliśmy na stronach portalu – bo to nas łączyło: takie podejście, że jednolita linia redakcji nie jest dobra; że warto polemizować, otwarcie się spierać, pokazywać różne punkty widzenia, pisać to, co się naprawdę uważa. Wielokrotnie mówił mi, że jest mi wdzięczny za pokazanie nowej perspektywy na jakąś sprawę. Dobry czas to był – znowu wiele uczący.

Potem każdy szedł własną drogą (w trakcie tych współprac zresztą też, dla nas obu ten projekty był poboczny w ramach pracy zawodowej). Ostatni raz widzieliśmy się bodaj 6 lat temu – przyjechał do nas późną wiosną 2020 r., w trakcie pandemii, po zakończeniu pierwszej fali. Przywiózł nam wtedy swoją świeżo wydaną biografię błogosławionego ks. Józefa Kowalskiego. Posiedzieliśmy kilkadziesiąt minut, pogadaliśmy, jak zawsze miło.

Ostatni kontakt miał miejsce… mniej więcej dwa lata temu. Zadzwonił do mnie. Zaskoczyło mnie, że wyświetlił mi się Jaromir, bo w sumie od dłuższego czasu nie mieliśmy wspólnych spraw. Wiedziałem o jego ciężkiej chorobie. No i okazało się, że faktycznie słusznie się dziwię, bo wybrał mój numer… przez przypadek. Niemniej, nie zakończył rozmowy od razu, tylko, jak to Jaromir – zawsze serdeczny – stwierdził: „Jak już zadzwoniłem…”. I pogadaliśmy chwilę. Opowiedział przede wszystkim, jak z jego zdrowiem. Słychać było i po głosie, że bardzo jest już schorowany – zresztą wszystko co najważniejsze wiedziałem z jego facebookowych relacji. I cóż… jako że ta rozmowa była ostatnia – to i ona pozostanie na zawsze w mojej pamięci, bo – jak napisałem – był to człowiek ważny; ważny dla kształtowania się moich postaw, poglądów.

Co do poglądów w ostatnich latach bardzo nam się one rozeszły. Jaromir poszedł w stronę poglądów, które określiłbym jako mocno na prawo; ja raczej w kierunku umiarkowanych. Niemniej, nawet jeśli czasem z przykrością czytałem jakieś jego wpisy na Facebooku (zwłaszcza takie udostępniane, a nie własne), nigdy nie podejmowałem polemiki. Bo też nie zmniejszały one mojego szacunku do niego i mojej sympatii. Znałem go zresztą na tyle, by wiedzieć, że jeśli coś promuje, to po prostu tak myśli – i na pewno ma dobre intencje. Albo chce dawać do myślenia.

Odszedł za wcześnie. Od tego momentu minął już tydzień. I choć w sumie od dłuższego czasu nie mieliśmy bezpośredniego kontaktu – smutno wiedzieć, że go pośród nas nie ma. I że już więcej nie zadzwoni. Nawet przez pomyłkę…

[Notka archiwalna, częściowo zdezaktualizowana] Jestem świeckim magistrem teologii katolickiej sympatyzującym z odradzającym się w Kościele ruchem tradycjonalistycznym. Tematy najbliższe mi na polu teologii, związane w dużej mierze z moją duchowością, to: liturgia (w tym historia liturgii), mariologia i pobożność maryjna, tradycyjna eklezjologia oraz szeroko pojęta tematyka cierpienia w odniesieniu do Ofiary krzyżowej Jezusa Chrystusa. Przez lata zajmowałem się także relacją przesądów do wiary katolickiej. W życiu zawodowym zajmuję się redakcją i korektą tekstów (jestem również filologiem polskim) oraz pisaniem. Zapraszam na stronę z poradami językowymi, którą wraz ze współpracownikami prowadzę pod adresem JęzykoweDylematy.pl. Ponadto współpracujemy z serwisem DziennikParafialny.pl. Moje publikacje można (było) odnaleźć w licznych portalach internetowych oraz czasopismach.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (1)

Inne tematy w dziale Kultura