Gdyby ktoś powiedział, że w XXI wieku, w Europie Środkowo - Wschodniej były naruszane prawa do tajemnicy dziennikarskiej prawdopodobnie wielu z nas pukałoby się w głowy jednocześnie wyśmiewając taką możliwość, niestety, ostatnia noc pokazała, że takie coś jest możliwe.
Nie chcę bronić S. Latkowskiego, bo jego kariera dziennikarska jest w moim odczuciu co najmniej dziwna, ale tajemnica dziennikarska to rzecz niemalże święta w państwie, które uważa, że wolność słowa to coś więcej niż puste hasło.
Czym jest tajemnica dziennikarska:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Tajemnica_dziennikarska
Warto tutaj przytoczyć fragment mówiący o:
"1) danych umożliwiających identyfikację autora materiału prasowego, listu do redakcji lub innego materiału o tym charakterze, jak również innych osób udzielających informacji opublikowanych albo przekazanych do opublikowania, jeżeli osoby te zastrzegły nieujawnianie powyższych danych,"
Sylwester Latkowski mówił, dopóki nie będzie zdjęcia przez sąd tajemnicy dziennikarskiej, "Wprost" nie przekaże prokuraturze nośników, na których znajdują się informacje o źródle, od którego redakcja otrzymała nagrania. Oczywiście można się spierać czy Latkowski mówił prawdę, i czy naprawdę w tym laptopie są te informacje, to kwestia zaufania do dziennikarza, tutaj jednak została przekroczona pewna granica, która narusza porządek panujący w demokratycznym państwie.
Z zainteresowaniem czekałem na dzisiejsze wystąpienie premiera Tuska, niestety, znów premier sprawiał wrażenie zagubionego jak dziecko we mgle. Czym innym jest chęć poznania nagrań, a czym innym jest uparte obstawania przy tym, że pan Sienkiewicz, Seremet i szef ABW powinni zostać na swoich stanowiskach bez względu na wszystko. Premier powtarzał, że tutaj chodzi o bezpieczeństwo narodowe, czy to znaczy, że Donald Tusk wie na temat nagrań coś więcej? Pojawiają się różne hipotezy, być może jest to rozgrywka polskich służb specjalnych, które chcą się pozbyć nie lubianego ministra, być może jest to działanie obcych służb, które chcą zdestabilizować państwo polskie. Liczę, że w ciągu kilku dni pan premier się w końcu opamięta, i pozbawi stanowisk wyżej wspomniane osoby, bo inaczej granice absurdu znów zostaną przekroczone.
Warto sobie zadać pytanie, jak skończyliby Bob Woodward i Carl Bernstein gdyby spotkało ich coś takiego jak redakcję Wprost?


Komentarze
Pokaż komentarze