Ci co mieli maszerować już przemaszerowali. Na całe szczęście obyło się bez awantur, znanych choćby z 11 listopada. Czy ktoś coś ugrał na tym marszu? Moim zdaniem nie, ponieważ tak naprawdę nie mieliśmy do czynienia z czymś nowym, z jakimś większym wzburzeniem wśród Polaków, to był marsz tylko i wyłącznie zwolenników partii Jarosława Kaczyńskiego, a konkretniej - jej twardy elektorat. Można więc pokusić się o stwierdzenie, że za Prezesem maszerowało to magiczne 25-30% zwolenników, które pójdzie za Prezesem zawsze, nawet w dzień, który powinien być dniem obchodzonym raczej w spokojny sposób.
Wszystko wyglądało niemal identycznie jak na każdym marszu, nawet hasła intonowane przez wodzireja Brudzińskiego były jakoś dziwnie znajome, jedyną nowością było: "Urbana z Kiszczakiem, pogonić kopniakiem". Rzecz jasna Prezes Kaczyński w swoich wystąpieniach starał się wszystkich przekonać, że mamy do czynienia z czymś zupełnie innym, że Polacy w końcu otworzyli oczy, i zrzucą z pleców słynny już "worek z kamieniami". Oczywiście nadzieja matką głupich, ale Prezes błądzi jeśli myśli, że 60 tysięcy (czy nawet 100 według niezależnych mediów) jest w stanie zmienić władzę.
Trudno się nie zgodzić z komentarzami, że ten marsz tak naprawdę pokazał nam (także Prezesowi, chociaż on o tym doskonale wiedział przed marszem), że demokracja w Polsce ma się dobrze, i nawet tak kompromitujące wpadki jak awaria systemu informatycznego obsługującego wybory nie może jej zagrozić. Za to jestem Prezesowi Kaczyńskiemu wdzięczny, bo swoim marszem pokazał, że po 25 latach demokracja w naszym kraju jest silna.


Komentarze
Pokaż komentarze (20)