Z inż. Waldemarem Rekściem, starszym oficerem mechanikiem marynarki handlowej, członkiem Stowarzyszenia Starszych Mechaników Morskich oraz członkiem zarządu gdańskiego oddziału Towarzystwa Opieki nad Zabytkami i Związku Szlachty Polskiej, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
Twierdzi Pan, że wszystkie osoby noszące nazwisko Rekść są ze sobą spokrewnione... Do jakich wspólnych przodków sięgają korzenie tego rodu?- Specyfika mojego nazwiska jest taka, że każdy, kto je nosi, jest ponad wszelką wątpliwość moim krewnym. Dość szybko odkryłem, że moja rodzina, jak to jest zapisane w herbarzu Uruskiego, należy do najstarszych rodzin litewskich, stanowi bowiem jedną z gałęzi rodu Gedyminowiczów i do początków XVI w. jeszcze posługiwała się tytułem książęcym. W rodzinie byli senatorowie, wysocy rangą urzędnicy państwowi, elektorzy królów polskich. Ale co najważniejsze, wszyscy brali udział w kolejnych powstaniach. Jako ciekawostkę podam, że kilkanaście lat temu uczeni litewscy dokonali odkrycia, które zostało potwierdzone przez polskich uczonych, że Gedyminowicze, wbrew temu co do tej pory sądzono, wcale nie byli litewskiego pochodzenia, ale wszyscy bez wyjątku byli w prostej linii potomkami ostatniego anglosaskiego króla Anglii Harolda II, który zginął w 1066 r. w bitwie pod Hastings. Jego córka i dwaj synowie zbiegli na teren ówczesnego Wielkiego Księstwa Kijowskiego, które sięgało od Bałtyku aż po Morze Czarne i Morze Kaspijskie. Córka została żoną Włodzimierza Monomacha, późniejszego wielkiego księcia kijowskiego, a najstarszy syn osiedlił się na Litwie i on właśnie był założycielem szeroko rozgałęzionego rodu Gedyminowiczów. Byłem zaskoczony, kiedy okazało się, że moje prawdziwe korzenie są anglosaskie, ale tak kształtowały się dzieje Polski. Mimo to na całą moją postawę życiową decydujący wpływ wywarła piękna tradycja rodzinna - nieustającej służby Polsce, którą wpoił mi mój ojciec.
Jak to się stało, że Pana najbliższa rodzina znalazła się w Sopocie?
- Mój dziadek był wybitnym działaczem Komitetu Obrony Kresów i 1 stycznia 1919 roku razem ze wszystkimi stryjami i moim ojcem zgłosili się na ochotnika do wojska polskiego. Mój tato miał wtedy 17 lat i został przydzielony do grupy kawaleryjskiej mjr. Jerzego Dąmbrowskiego, czyli do późniejszego 13. pułku ułanów wileńskich.
Kolejna wojenna zawierucha spowodowała, że moja rodzina musiała opuścić Wileńszczyznę, gdy 19 września 1939 roku, dosłownie w kilka godzin po wkroczeniu Armii Czerwonej do Wilna, po mojego ojca przyszło NKWD. Ocalał tylko dzięki temu, że w tym czasie bił się z Niemcami pod Piotrkowem Trybunalskim, za co zresztą dorobił się orderu Virtuti Militari. W 1945 roku ojciec, po ucieczce z obozu jenieckiego, znalazł się w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. Mimo ogromnego ryzyka zdecydował się wrócić do Polski i trafił do Szczecina. Ponieważ przed wojną był radnym miasta Wilna, a jednocześnie pracownikiem magistratu wileńskiego, powierzono mu stanowisko burmistrza Stargardu Szczecińskiego. Po wojnie niejako na nowo "uruchamiał" to miasto, poczynając od elektrowni, gazowni, a skończywszy na komunikacji. Starał się też ratować zabytki miasta. Przyczynił się m.in. do ocalenia bezcennego kościoła mariackiego, starał się też ratować Starówkę, którą zaczęto rozbierać w ramach akcji "Cegła na Warszawę". Był w związku z tym kilkakrotnie wzywany do UB i musiał się z tego wycofać. W 1949 roku ojca postawiono wobec alternatywy, że albo wstąpi do partii i zostanie wiceprezydentem Szczecina, albo będzie musiał opuścić to miasto. Ojciec oczywiście do partii nie wstąpił i znaleźliśmy się w związku z tym w Sopocie. Ja, choć urodziłem się w 1947 roku, jeszcze w Stargardzie Szczecińskim, to już od 1949 roku z małą przerwą stale mieszkałem w Sopocie. Po ślubie w 1977 r. zamieszkaliśmy z żoną na gdańskiej Zaspie. Tam też urodziła się moja córka, a potem syn. Osiem lat temu wróciliśmy do Sopotu, by na nowo stworzyć tutaj gniazdo rodzinne. Postanowiłem bowiem, że skoro tak piękne tradycje patriotyczne były kultywowane w mojej rodzinie, to ja nie mogę okazać się gorszy i postaram się tej tradycji dorównać.
W jaki sposób?
- Już jako małe dziecko, gdy w domu panował głód i było z nami naprawdę bardzo źle, postawiłem sobie trzy główne cele życiowe. Postanowiłem, że odtworzę dzieje rodziny, zbuduję dom, który będzie gniazdem rodzinnym i chociaż namiastką staropolskiego dworu, oraz postaram się przywrócić dawny blask naszemu nazwisku. Wydaje mi się, że każdy z tych celów w jakimś stopniu zrealizowałem.
całość: Nowy Salon


Komentarze
Pokaż komentarze (2)