,,Myśl Polska” od zawsze walczyła o uratowanie i odbudowę polskiej gospodarki morskiej. Dziesiątki a może i setki artykułów, wywiadów i dokumentów konsekwentnie udowadniały, że bez gospodarki morskiej postrzeganej kompleksowo w skali całego kraju, Polska nigdy nie wykorzysta możliwości, jakie jej daje kapitalne z gospodarczego punktu widzenia położenie w środku Europy nad Bałtykiem i to na przecięciu dwóch głównych szlaków handlowo – komunikacyjnych świata: Wschód – Zachód i Południe – Północ. Że bez gospodarki morskiej Polska zawsze będzie zaledwie ubogim krewnym reszty Europy, przed czym już w XVI wieku przestrzegał wielokrotnie cytowany senator – biskup Dymitr Solikowski. Wszystkie te wezwania i apele pozostały ,,wołaniem na puszczy”, co najwyżej ich autorów dotknęły różne szykany w formie odcięcia od innych publikatorów czy wręcz – prób pozbawienia pracy, co niżej podpisany odczuł na własnej skórze, płacąc za to trwałym uszczerbkiem na zdrowiu.
Jednym z elementów tej walki była sprawa budowy autostrad Północ – Południe, bez których polskie porty morskie traciły rację bytu na rzecz portów niemieckich. Pisaliśmy wręcz, że w ministerstwie infrastruktury na średnim, kadrowo stabilnym szczeblu ministerialnych urzędników działa proniemieckie lobby, skutecznie hamujące budowę autostrady A – 1 do portów Trójmiasta.
I oto od kilkunastu miesięcy jakby stał się cud: budowa tej drogi nabrała dużego tempa i wygląda na to, że w relatywnie krótkim czasie budowa autostrady zostanie zakończona. Można by się tym radować, gdyby nie okoliczności towarzyszące, stawiające sprawę w zupełnie innym świetle.
Otóż jednocześnie trwa proces wyprzedaży atrakcyjnych terenów w portach Trójmiasta obcym inwestorom i sukcesywnie porty Gdańska i Gdyni przestają być polskimi portami.
Ten samobójczy proceder na krótko zastopowany przez ministra gospodarki morskiej Rafała Wiecheckiego znowu jest kontynuowany.
A że jednocześnie jesteśmy świadkami agonii polskiego przemysłu stoczniowego i nie robi się nic, aby odbudować polską flotę, zaczynają się rysować raczej ponure perspektywy, że nie będziemy mieć polskiej gospodarki morskiej, co najwyżej w szczątkowym stanie, za to mieć będziemy obcą gospodarkę morską w Polsce !
A więc po tych autostradach będą wożone towary na portowe terminale należące do zagranicznych firm, a stamtąd wywożone w świat na statkach obcych bander.
Polska zainkasuje podatki, trochę Polaków dostanie zatrudnienie, ale ZYSK popłynie i to szerokim strumieniem za granicę.
Można wręcz odnieść wrażenie, że Polacy genetycznie są niezdolni do zarabiania na shippingu, co jest oczywistym nonsensem, skoro w warunkach autentycznego kapitalizmu i wolnego rynku zaledwie kilku polskich kapitanów potrafiło w szybkim czasie opanować cały rynek żeglugowy na Florydzie. Tylko że w Polsce wszelkie próby budowy czegoś sensownego w gospodarce morskiej siłami polskiego kapitału zwykle kończą się klęska, gdyż nie sprzyjają temu warunki polityczne.
O tym, że polskiej gospodarce morskiej z czysto politycznych powodów związanych z międzynarodowymi uwarunkowaniami grozi unicestwienie, wiedziano już w końcu lat 80, i co najwyżej proces ten ulegał albo spowolnieniu, albo przyspieszeniu. To ostanie zwykle za rządów SLD. W ciągu zaledwie kilkunastu lat został roztrwoniony omal cały nasz imponujący dorobek, wzbudzający podziw nawet Brytyjczyków. Zniszczono wspaniałego armatora liniowego PLO, cudem prawdziwym, tylko dzięki desperacji szczecińskich działaczy z Januszem Maciejewiczem (którego skazano na medialną śmierć) na czele, ocalał PŻM. Dziś dogorywają polskie stocznie. A z nimi większość z blisko półtora tysiąca kooperujących zakładów w całej Polsce, produkujących do niedawna jedne z najlepszych w świecie elementów okrętowego wyposażenia, na których się znakomicie zarabia. Na śmietnik wędruje imponujący dorobek polskich inżynierów, a jakich my ciągle jeszcze mamy znakomitych fachowców, dobitnie pokazuje przykład wirówek paliwa i oleju, bez których żadna jednostka nie jest zdolna do pełnomorskiej żeglugi, a które tylko Polacy umieli produkować w całej Europie Środkowo – Wschodniej. Nie potrafili tego nawet Niemcy z NRD, a i produkowane w RFN były słabsze.
Poza Chinami, gdzie dzięki specyficznej organizacji życia siła robocza jest omal bezpłatna, stocznie są wszędzie deficytowe i albo jak w Zachodniej Europie są dofinansowywane przez państwo, albo dalekowschodnim wzorem stanowią część wielkich holdingów – końcową montownię wyrobów jednej firmy, co w ostatecznym rozrachunku przynosi firmie krociowe zyski. Takie rozwiązanie próbował w Polsce stworzyć dr Krzysztof Piotrowski – mój kolega z roku studiów – który już w roku 1993 na zorganizowanym przez dawnych PAX – owców sejmiku morskim w Mielnie przedstawił koncepcję budowy holdingu PORTA. W skład holdingu obok Stoczni Szczecińskiej miał wchodzić m.in. słynny HCP Cegielski (ongiś największy producent okrętowych silników na świecie) i Huta Częstochowa. Gdy cały interes zaczął być rozkręcany, dr Piotrowskiemu i jego współpracownikom sfabrykowano proces o rzekome nadużycia, nadając temu oczywiście znaczny rozgłos medialny. Gdy po ładnych kilku latach proces się zakończył całkowitym uniewinnieniem oskarżonych, było już po zabawie: stocznia w trakcie likwidacji, huta sprzedana Hindusowi i tylko w niektórych mediach ledwie wspomniano o uniewinniającym wyroku. Podobny los chociaż bez sądowych korowodów spotkał innego mojego kolegę, który utworzył niewielką firmę armatorską, zajmującą się przewozem olejów jadalnych. Dziś utrzymuje się już tylko z posady państwowego urzędnika.
Wielkie nadzieje wiązano z faktem utworzenia po wyborach w roku 2005 Ministerstwa Gospodarki Morskiej. Jakkolwiek początkowo wątpliwości wzbudzały kwalifikacje ministra Rafała Wiecheckiego, dość szybko dał się poznać jako człowiek niesłychanie energiczny i pracowity, znakomicie rozumiejący znaczenie gospodarki morskiej dla Polski.
ALE z niezrozumiałych powodów ministerstwo to utworzono w dziwacznym kadłubkowym kształcie, nadając jemu bardziej kształt głównego urzędu morskiego, niż ministerstwa z prawdziwego zdarzenia.
Były wiceminister d/s gospodarki morskiej w Ministerstwie Transportu i Gospodarki morskiej, kpt. Sulatycki, miał nieporównywalnie większe kompetencje i możliwości działania niż minister Wiechecki, gdyż podlegały jemu nie tylko wszystkie polskie firmy żeglugowe i morskie rybołówstwo, ale i stocznie remontowe. Mimo bardzo ograniczonych możliwości ministra i kilku personalnych błędów przez niego popełnionych ludzie morza z szacunkiem wspominają ministra Wiecheckiego, który swój krótki czas urzędowania umiał wykorzystać do maksimum, skutecznie przepychając ustawę o podatku tonażowym, rozpoczynając proces modernizacji Służb Poszukiwania i Ratownictwa (SAR), wpisanie morskiego ratownictwa do Narodowego Programu Śmigłowcowego, budowę przekopu przez Mierzeję Wiślaną, który z Elbląga może ponownie utworzyć port morski, czy skutecznie wspierając niżej podpisanego w walce o liberalizację przepisów dotyczących polskiego żeglarstwa, co zapoczątkowało proces powrotu polskich jachtów morskich pod polską banderę.
W tym samym czasie w innych resortach, wśród których rozczłonkowano gospodarkę morską, a które były pod kontrola PiS, w zasadzie dla gospodarki morskiej nie zrobiono nic. Nawet nie podjęto żadnych kroków, aby wykorzystać zapisaną w tak zwanej Zielonej Księdze unijna dyrektywę, zalecającą rozwój transportowej żeglugi przybrzeżnej, tak zwanego kabotażu, chociaż można było w tym liczyć nawet na materialne unijne wsparcie.
Rząd Donalda Tuska zaczął urzędowanie od likwidacji ministerstwa, które zdegradowano do rangi wice ministerstwa w Ministerstwie Infrastruktury i wstrzymany przez ministra Wiecheckiego proces wyprzedaży terenów w polskich portach znowu zaczął być kontynuowany.
Nadzieje związane z ewentualnym powrotem do władzy PiS wydają się być płonne, chociaż wśród działaczy PiS nie brakuje ludzi rozumnych, pokroju pani senator Arciszewskiej - Mielewczyk czy posła Kozaka, mocno zaangażowanych w ratowanie polskiej gospodarki morskiej, ale ich wpływy wydają się być znikome.
Ostatnimi miesiącami były premier Jarosław Kaczyński i prezydent Lech Kaczyński wizytowali Wybrzeże, ale ich wypowiedzi jakby nie potwierdzały, że rozumieją oni fundamentalne znaczenie gospodarki morskiej dla naszego narodowego bytu i wydają się wskazywać, że postrzegają gospodarkę morska wyłącznie jako gospodarkę regionalną, mimo ich osobistych związków z Wybrzeżem.
Tak więc upiorna wizja, że nie będziemy mieć polskiej gospodarki morskiej, tylko obcą gospodarkę morską w Polsce, staje się coraz bardziej realna. Owszem, mamy różne skądinąd sympatyczne organizacje w rodzaju coraz bardziej dynamicznie działającej Ligi Morskiej i Rzecznej. Z coraz większą częstotliwością zbierają się różne mniej lub bardzie szacowne gremia, daje się ordery i składa wieńce pod pomnikami. Tyle że – w sposób idealny nic z tego nie wynika, gdyż naprawdę pociągający za sznurki nadal konsekwentnie robią swoje.
Wygląda więc na to, że zostaje już tylko modlić się do Boga i czekać na zupełnie nowe rozdanie kart. A potem oczekuje nas wiele lat wytężonej pracy aby odbudować to wszystko, co bardziej cynicznie niż bezmyślnie roztrwoniono. Wolałbym się w tej diagnozie mylić.
Waldemar Rekść
(autor m.in. pełnił obowiązki zastępcy dyrektora Urzędu Morskiego w Słupsku)


Komentarze
Pokaż komentarze (1)