Debata była ostatnią okazją do wymiany zdań i wzajemnych oskarżeń dwójki demokratycznych pretendentów przed prawyborami w ponad dwudziestu stanach, które odbędą się 5 lutego (kolejna zarwana noc najpewniej). Ani Barack Obama, ani Hillary Clinton nie skorzystali z okazji do wymiany ciosów. Debata odbyła się w atmosferze kurtuazji i elegancji. Dwójka kandydatów bardziej niż na pokazaniu różnic między sobą skupiała się na wykazaniu podobieństw. Ciekawa taktyka, ale wiadomo, że atutem Clinton jest doświadczenie, natomiast Clinton zdaje sobie sprawę z tego, iż siłą Obamy jest jego charyzma, naturalność i łatwość porywania i mobilizowania tłumów. Dwójka demokratycznych gigantów postanowiła więc ogrzać się w cieple i blasku swojego rywala.
Oczywiście zarówno Obama, jak i Clinton zostali zmuszeni do dość szczegółowego zaprezentowania kluczowych punktów w swoich programach dotyczących wielu dziedzin - w związku z tym różnice były widoczne jak na dłoni. Bardzo długo dwójka kandydatów przedstawiała swoje pomysły na reformę służby zdrowia - kluczowa różnica między Obamą a Clinton to wolny wybór w kwestii ubezpieczenia. Obama nie chce nikogo zmuszać, aby się ubezpieczył - chce natomiast uczynić ceny ubezpieczeń na tyle atrakcyjnymi, aby każdy, kto się ubezpieczyć, był w stanie tego dokonać.
Kolejny punkt dyskusji, czyli imigracja, nie był zbyt pasjonujący. O wiele ciekawiej wyglądała debata na temat Iraku. Obama nieustannie podkreślał, że był od początku przeciwny inwazji i wytykał Clinton poparcie wojny i późniejszą zmianę zdania. Najistotniejszy w tym fragmencie debaty był moment, w którym Clinton zaczęła się plątać w tłumaczeniach, dlaczego pierwotnie poparła amerykańską inwazję i stwierdziła, że po dokonaniu analizy dostępnych w momencie podejmowania decyzji informacji wydała się jej ona jedyną słuszną. Wtedy nadeszła riposta Obamy, która była miażdżąca - trzeba mieć rację od pierwszego dnia. Miałem ją w sprawie Iraku i mam w kilku innych sprawach - powiedział Obama, a tłum w Kodak Theatre entuzjastycznie zgotował mu owację.
Mam także jedną interesującą obserwację - Obama i Clinton właściwie za pewnik przyjmują zdobycie republikańskiej nominacji przez Johna McCaina. Wielokrotnie obydwoje odnosili się do senatora z Arizony, jego poglądów, a Obama kilkakrotnie mówił, że rywalizując z nim o Biały Dom będzie w stanie wykazać rzeczywiste różnice programowe oraz światopoglądowe. Nie jest bowiem tajemnicą, że McCain jest republikańskim centrystą, a Clinton znajduje się na prawym skrzydle Partii Demokratycznej - mówiąc wprost: McCain i Clinton w wielu sprawach mają podobne lub zbliżone poglądy.
Podążając tropem McCaina, miał on duże wyczucie wypuszczając kilka dni temu klip, w którym pokazywał, że Demokraci się go poważnie obawiają i że jest jedynym kandydatem Republikanów, który może pokonać każdego kandydata Demokratów. I sondaże zdają się przyznawać mu rację.
Ogłoszono już, że padł remis w tej debacie. Przychylam się do tej oceny. Clinton i Obama zrobili bardzo dużo, aby we wczorajszym starciu nie poranić się wzajemnie. Jednak, aby nie zostać posądzonym o unikanie odpowiedzi na podstawowe pytanie - kto zrobił na mnie lepsze wrażenie? - odpowiem, że był to Barack Obama. Kilka razy postawił senator Clinton w trudnej sytuacji, parę razy w trudnej sytuacji została postawiona przez zadających pytania internautów. Żeby aż tak Obamie nie słodzić powiem, że debata zakończyła się co najwyżej wizerunkowym remisem ze wskazaniem na niego. W sferze programowej nie dowiedziałem się niczego nowego, a różnice między obojgiem pretendentów nie są aż tak duże. Z niecierpliwością czekam na super-wtorek, który zbliży nas do odpowiedzi na najważniejsze pytanie - kto będzie walczył o Biały Dom w listopadzie?



Komentarze
Pokaż komentarze (12)