Walka między Hillary Clinton i Barackiem Obamą przeciągnie się co najmniej do 22 kwietnia, kiedy odbędą się prawybory w Pennsylwanii. Była pierwsza dama powstrzymała momentum senatora z Illinois zwyciężając (najpewniej) w trzech z czterech głosujących wczoraj stanów. Najważniejsze, że wygrała w Ohio (a, jak podkreślają komentatorzy, nikt nie został prezydentem, bez zdobycia Ohio, od wielu dekad) oraz w Teksasie (najpewniej, gdyż system głosowania jest dwustopniowy w tym stanie - najpierw odbywają się primaries, a następnie caucuses -a te Clinton przegrywała z Obamą jeden po drugim). Jeśli jednak Clinton wygrała także w Teksasie, ma mocne uzasadnienie dla pozostania w wyścigu o partyjną nominację.
Demokraci będą się więc wykrwawiać, a John McCain będzie mógł wykorzystywać linie podziału między Obamą a Clinton (które oni sami wskażą) do atakowania - najpewniej Baracka Obamy, który (wg CNN) ma 1451 delegatów (1257 zwykłych) a Hillary Clinton 1365 (1127 zwykłych). Oglądając wczoraj wieczór prawyborczy w CNN zauważyłem wyraźną irytację u niektórych komentatorów z powodu przedłużającego się wyścigu po stronie Demokratów. Jeden z nich stwierdził nawet, że nie ma żadnego sensu dla pozostawania w wyścigu przez Hillary Clinton, gdyż musiałaby wszystkie pozostałe primaries wygrywać i to z dwucyfrową przewagą. Jednak argument taki można dość łatwo obalić wskazując, iż to Hillary wygrała w tzw. must-win-states, jak Kalifornia, Nowy Jork, Ohio czy Teksas. Zwolennicy Obamy wskazują natomiast na fakt, iż Obamę poparły bardzo zróżnicowane stany - od stanu Waszyngton na północnym-zachodzie, po Georgię na południu.
Nie ma się co oszukiwać - Hillary będzie walczyć. Walka stanie się jeszcze ostrzejsza. Przed Pennsylwanią głosuje jeszcze kilka mniejszych stanów, w tym Wyoming. Oprócz walki o sukces w tych stanach Hillary Clinton z pewnością przypuści szturm na superdelegatów, którzy dysponują blisko 800 głosami na partyjnej konwencji. To oni mogą zadecydować o przyznaniu nominacji. Zwyciężając w kluczowych dla Demokratów stanach Hillary ma w ręku bardzo ważne narzędzie do przekonywania partyjnego establishmentu, że to ona powinna być kandydatką Partii Demokratycznej.
W Grand Old Party wszystko jest już rozstrzygnięte. Wczoraj z wyścigu wycofał się Mike Huckabee. Ex-gubernator Arkansas zaapelował o poparcie ze strony swoich wyborców oraz wyborców republikańskich dla Johna McCaina. Dzisiaj George W. Bush ma oficjalnie poprzeć Johna McCaina. Doświadczony senator wkracza w nową fazę kampanii - musi skutecznie zmobilizować partyjną bazę, głównie konserwatystów oraz evangelicals, a jednocześnie utrzymać i poszerzać swoje poparcie wśród tzw. moderates i independents. Zarówno bez tych pierwszych, jak i tych drugich, McCain nie ma szans na zwycięstwo w listopadzie. Show must go on.



Komentarze
Pokaż komentarze (11)