
Z tego powodu silniejsze ugrupowania, chcąc zwiększyć swoje szanse, często decydują się „dokooptować” mniejszych partnerów – czasem całe środowiska, a czasem pojedynczych, rozpoznawalnych polityków. Dla jednych to pragmatyzm, dla innych polityczny oportunizm. W praktyce to jednak element chłodnej kalkulacji wyborczej.
Dla osób, które lubią analizować scenę polityczną i zastanawiać się „kto z kim” oraz „z jakiej listy”, właśnie teraz zaczyna się najciekawszy moment. Trwają bowiem przymiarki do tworzenia list wyborczych. Liderzy podejmują pierwsze strategiczne decyzje. Zastanawiają się, w jakiej konfiguracji pójść do wyborów i kogo ewentualnie wpuścić na swoje listy, by wzmocnić blok wyborczy.
Oczywiście konkretne miejsca na listach będą się jeszcze wielokrotnie zmieniać – to naturalny element politycznych negocjacji. Jednak podstawowe strategie i kierunki myślenia są w głowach liderów formułowane już teraz.
Stawiam tezę, że w wyborach 2027 roku – co zresztą sugerują obecne sondaże – zobaczymy sześć głównych bloków politycznych.
Spróbujmy więc pobawić się prognozą i wyobrazić sobie, jak może wyglądać scena wyborcza za 1 rok i 8 miesięcy. Zaczynamy.
I. Prawo i Sprawiedliwość i Przystawki
W Prawie i Sprawiedliwości buldogi już dawno wyszły spod dywanu. Trwa wyraźna rywalizacja między dwiema młodszymi frakcjami: „harcerzami” Mateusza Morawieckiego a tzw. „maślarzami”, którzy – przynajmniej na ten moment – nie mają jednego, wyrazistego lidera.
Po stronie „maślarzy” stoją także politycy wywodzący się z Solidarnej Polski, darzący Morawieckiego – delikatnie mówiąc – sporą rezerwą.
Z pewnego dystansu całej sytuacji przygląda się „Zakon PC” – środowisko najstarszych i najbardziej lojalnych działaczy dawnego Porozumienia Centrum i tych którzy zostali do nich przyłączeni. W ich przekonaniu ostatecznie to właśnie ten rdzeń partii, swoisty „związek emerytów i rencistów PC”, wyjdzie zwycięsko z obecnej wewnętrznej nawałnicy. Pytanie brzmi: kogo PiS zaprosi na swoje listy w 2027 roku?
Można przypuszczać, że znajdzie się na nich Paweł Kukiz oraz Jarosław Sachajko – czyli część koła Demokracji Bezpośredniej. Taki ruch byłby kontynuacją dotychczasowej taktyki poszerzania zaplecza o polityków spoza twardego rdzenia partii.
Interesującym i potencjalnie nośnym medialnie ruchem byłoby zaproszenie Pauliny Matysiak, która staje się coraz bardziej wyrazistą postacią w debacie publicznej. Odpowiednio wypromowany transfer mógłby sygnalizować, że PiS próbuje sięgnąć po bardziej socjalny, a nawet częściowo lewicowy elektorat.
Kto jeszcze? Zapewne swoje miejsce znaleźliby również Robert Bąkiewicz, a także przedstawiciele środowisk konserwatywno-narodowych, tacy jak Bogusław Rogalski czy działacze Zjednoczenia Chrześcijańskich Rodzin. Jedno jest pewne: listy wyborcze nie będą wyłącznie efektem kalkulacji sondażowych. Będą także rezultatem wewnętrznej równowagi sił – a ta w PiS właśnie ulega przetasowaniu.
II. Koalicja Obywatelska + PSL + Centrum +J.Senyszyn
Władysław Kosiniak-Kamysz może zaklinać rzeczywistość, ile chce, ale trudno sobie wyobrazić, by PSL samodzielnie przekroczyło próg wyborczy. Ludowcy potrzebują silniejszego – albo przynajmniej bardziej medialnego – partnera, który poszerzy ich elektorat i zwiększy dynamikę kampanii. Po rozstaniu z Szymonem Hołownią PSL siłą rzeczy dryfuje w stronę wspólnego bloku z Koalicją Obywatelską. To scenariusz najbardziej racjonalny politycznie. Do takiej szerokiej formuły – roboczo nazwijmy ją „Nową Koalicją Obywatelską” – mogłoby dołączyć także środowisko Pauliny Hennig-Kloski.
W tej konfiguracji swoje miejsce mogłyby znaleźć również mniejsze, centrowe inicjatywy: Centrum dla Polski Ireneusza Rasia czy Nowa Polska Zygmunta Frankiewicza. Tego typu poszerzenie bloku dawałoby efekt szerokiej, centrowo-liberalnej platformy, obejmującej zarówno wyborców miejskich, jak i bardziej umiarkowanych sympatyków PSL. Nie wykluczam również, że na listach Koalicji Obywatelskiej zobaczymy powrót Joanny Senyszyn do Sejmu. Jej brawurowa kampania prezydencka pokazała, że politycznie wciąż potrafi przyciągać uwagę i mobilizować elektorat. Stawianie na niej krzyżyka wydaje się dziś co najmniej nie na miejscu.
Jedno jest pewne: bez szerokiej koalicji PSL ryzykuje polityczną marginalizację. A w roku wyborczym sentymenty ustępują miejsca twardej arytmetyce.
III. Nowa Lewica + Zieloni i Socjaliści
W przypadku Lewicy – czy też Nowej Lewicy, a może raczej politycznych spadkobierców dawnej post-PZPR – sytuacja wydaje się stosunkowo prosta. Włodzimierz Czarzasty stoi przed zadaniem zebrania możliwie wszystkich lewicowych środowisk, aby wspólnie powalczyć o bezpieczne przekroczenie progu wyborczego. To nie będzie łatwe. Wiele wskazuje na to, że w 2027 roku Czarzasty i Adrian Zandberg nie wystartują z jednej listy. To może osłabić cały segment lewicowy i rozproszyć głosy, które już dziś nie tworzą dominującej siły na scenie politycznej.
Dla Nowej Lewicy będzie to poważne wyzwanie. Na osłodę Czarzasty prawdopodobnie spróbuje włączyć do wspólnego projektu partię Zieloni – formację, która nie została wchłonięta przez Koalicję Obywatelską. To mogłoby nadać listom bardziej progresywny, proekologiczny profil i poszerzyć spektrum ideowe bloku.
IV. Polska 2050 + Partia Razem + Michał Kamiński
I tu – moim zdaniem – zaczyna się najciekawszy scenariusz.
Czy potraficie wyobrazić sobie wspólną listę wyborczą do Sejmu, której patronują Szymon Hołownia, Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, Adrian Zandberg i Michał Kamiński? Na pierwszy rzut oka brzmi to jak polityczne „poplątanie z pomieszaniem” – zestawienie środowisk o odmiennych temperamentach, biografiach i zapleczach. Ale gdy przyjrzeć się sprawie uważniej, taki projekt może mieć głębszy sens.
Wspólnym mianownikiem dla tych środowisk mogłaby być gotowość do przekraczania dotychczasowych podziałów i otwartość na powyborczą pragmatykę. Taki blok – nazwijmy go roboczo „Polska Razem” – mógłby pozostawić sobie przestrzeń do rozmów koalicyjnych także z Prawem i Sprawiedliwością, jeśli arytmetyka sejmowa by to umożliwiła.
Czy Hołownia, Zandberg i Kamiński w jednym rządzie z PiS? Dziś brzmi to jak political fiction, ale w realiach polskiej polityki scenariusze uznawane za niemożliwe potrafią szybko stawać się realne. Co więcej, taki blok nie byłby jedynie taktycznym zlepkiem. Mógłby znaleźć kilka wspólnych punktów programowych: socjalliberalizm, proeuropejskość, koncepcję społecznej gospodarki rynkowej czy wzmocnienie elementów państwa opiekuńczego. To nie są hasła całkowicie sprzeczne – raczej różnie akcentowane. Czy to projekt ryzykowny? Zdecydowanie. Czy politycznie niemożliwy? Niekoniecznie. W 2027 roku kluczowe może się okazać nie to, kto z kim dotąd rywalizował, lecz kto z kim będzie w stanie stworzyć stabilną większość.
V. Konfederacja Wolność i Niepodległość
Tu sprawa wydaje się stosunkowo prosta. Po rozstaniu z Grzegorzem Braunem współpraca między Ruchem Narodowym a Nową Nadzieją układa się poprawnie. Oczywiście pojawiają się zgrzyty – to naturalne w każdej koalicji – jednak umówmy się: zarówno narodowcy, jak i wolnościowcy są na siebie politycznie skazani. Osobno ich potencjał byłby wyraźnie mniejszy.
Prawdziwe pytanie brzmi jednak inaczej. Układanka list wyborczych na 2027 rok pokaże, czy Konfederacja jest w stanie stać się realną, trwałą siłą w polskiej polityce, czy też pozostanie jedynie projektem przetrwalnikowym dla dwóch prawicowych środowisk.
Jeśli Konfederacja rzeczywiście chce iść do przodu i wziąć udział w nowym rozdaniu politycznym – które nastąpi po odejściu Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska – musi szeroko otworzyć swoje listy na nowe twarze i nowe środowiska. To warunek konieczny, by wyjść poza twardy, kilkunastoprocentowy elektorat. Oczywiście, poszerzanie projektu wymaga powagi i selekcji – nie chodzi o przypadkowe transfery, lecz o wzmocnienia, które zwiększą wiarygodność i kompetencje całego bloku.
Kto mógłby znaleźć się w takim poszerzonym projekcie? Wśród potencjalnych kierunków wymienia się m.in. środowisko Wolnych Republikanów Marka Jakubiaka, inicjatywę Wolność i Dobrobyt Jana Krzysztofa Ardanowskiego, a także osoby funkcjonujące poza klasycznym partyjnym obiegiem – jak Krzysztof Stanowski i środowisko skupione wokół jego projektów medialnych. W szerszej perspektywie pojawiają się również nazwiska byłych polityków obozu władzy, takich jak Marcin Mastalerek oraz inni przedstawiciele zaplecza byłego prezydenta Andrzeja Dudy. To oczywiście scenariusze hipotetyczne. Jednak jedno jest pewne: bez wyjścia poza dotychczasową formułę Konfederacja pozostanie stabilnym, lecz ograniczonym projektem. A ambicje – przynajmniej deklaratywnie – sięgają znacznie dalej.
VI. Korona Brauna + Korona JKM
I tu sprawa wydaje się stosunkowo prosta. Najbardziej egzotycznym blokiem wyborczym może okazać się ten, który skupiałby środowiska utrzymujące – delikatnie mówiąc – lepsze lub gorsze relacje z Ambasadą Federacji Rosyjskiej w Polsce. W jego skład wejdą m.in. Korona Grzegorza Brauna, Janusz Korwin-Mikke – dziś funkcjonujący już w kolejnej odsłonie swojego partyjnego projektu – czy Mirosław Piotrowski. To będzie blok wyraźnie niszowy, oparty na elektoracie kontestującym zarówno główny nurt polityki krajowej, jak i dominujące kierunki polityki zagranicznej.
W tym zestawieniu zaskakująca może być obecność Marka Wocha, który dotąd próbował budować wizerunek polityka bardziej systemowego i merytorycznego. Być może jednak – jeśli taki scenariusz się ziści – będzie to efekt braku poważniejszych ofert współpracy ze strony większych graczy, zarówno PiS, jak i Konfederacji. Taki blok miałby potencjał mobilizacyjny w określonym, twardym elektoracie, ale jego zdolność do realnego wpływu na układ sił w Sejmie będzie ograniczona. W wyborach parlamentarnych egzotyka rzadko przekłada się na stabilną reprezentację.
Jak ostatecznie ułożą się listy wyborcze w 2027 roku? Tego dziś nie wie nikt. Polityka potrafi zaskakiwać, a projekty, które wydają się nierealne, czasem w kilka miesięcy nabierają konkretnego kształtu.
Podsumowanie:
Nie można wykluczyć, że na scenie pojawi się zupełnie nowy gracz – choćby „Nowa Partia Przedsiębiorców”, o której potrzebie coraz częściej wspominają niektóre środowiska opiniotwórcze. W warunkach zmęczenia duopolem i rosnącej presji gospodarczej taki projekt mógłby próbować zagospodarować elektorat klasy średniej i biznesu. Jedno jest pewne: rok 2027 nie będzie wyłącznie starciem szyldów partyjnych, lecz starciem bloków politycznych, które już dziś zaczynają się krystalizować.
Jak Państwu podobają się zaproponowane przeze mnie konfiguracje?
Czy rzeczywiście tak może wyglądać scena wyborcza za niespełna dwa lata?
A może zupełnie nie doszacowałem któregoś z kierunków?
Zapraszam do dyskusji i komentarzy.
Piotr Tański



Komentarze
Pokaż komentarze (2)