
Państwo ruszyło do budowy dróg jak do wyścigu. Liczył się czas, liczba kilometrów i efekt polityczny – najlepiej przed kamerami i przed Euro 2012. Ale gdzieś po drodze zgubiono coś fundamentalnego: zdrowy rozsądek ekonomiczny.
System przetargów oparty niemal wyłącznie na najniższej cenie stał się pułapką. Firmy, chcąc w ogóle istnieć na rynku, schodziły z ofertami do poziomów absurdalnych. To nie była konkurencja – to była walka o przetrwanie. Państwo patrzyło na liczby i wybierało najtańszych. Reszta przestawała mieć znaczenie.
A potem przyszła rzeczywistość.
Ceny materiałów rosły, koszty pracy rosły, terminy były napięte do granic możliwości. Firmy zaczęły dokładać do kontraktów, zamiast na nich zarabiać. W normalnym systemie państwo byłoby partnerem – elastycznym, reagującym na nadzwyczajne okoliczności. W Polsce tamtych lat było raczej bezdusznym zleceniodawcą, który egzekwował zapisy umów, ale nie chciał widzieć zmieniającej się rzeczywistości.
Efekt? Lawina upadłości. Z rynku znikały nie tylko duże przedsiębiorstwa, ale też setki podwykonawców – często rodzinnych firm, które zostały bez zapłaty za wykonaną pracę. Historie dramatów przedsiębiorców nie były marginesem – były codziennością branży.
I dziś?
Dziś historia zaczyna pisać się na nowo. Premierem znów jest Donald Tusk, a branża budowlana znów alarmuje: coś idzie bardzo nie tak.
Firmy budujące drogi kierują do państwa miliardowe roszczenia. Powód? Ten sam co kiedyś – niedoszacowane kontrakty i brak realnej waloryzacji wobec gwałtownego wzrostu kosztów, spotęgowanego m.in. przez wojnę w Ukrainie. Państwo podpisywało umowy w jednej rzeczywistości gospodarczej, a dziś próbuje je rozliczać w zupełnie innej – jakby nic się nie zmieniło.
Branża mówi wprost: jeśli nie będzie porozumienia, ruszy fala pozwów liczonych w miliardach złotych. I to nie jest straszenie – to już się dzieje. Firmy zaczynają schodzić z placów budów, odstępować od kontraktów, pozywać Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Przykłady są konkretne: zerwane umowy, setki milionów złotych roszczeń, opóźnione inwestycje.
To nie jest „problem branży”. To jest potencjalny paraliż państwowych inwestycji.
Najbardziej niepokojące jest jednak co innego: brak wniosków. Polska już raz przerobiła scenariusz „taniej, szybciej, kosztem wykonawców”. Wiemy, jak to się kończy – bankructwami, sądami i opóźnieniami. A mimo to znów wchodzimy w ten sam schemat.
Państwo, które chce być silne, nie może budować swojej infrastruktury na słabości własnych przedsiębiorstw. Bo to krótkowzroczna polityka: dziś taniej, jutro drożej – i to wielokrotnie.
Autostrady Donalda Tuska to nie tylko beton i asfalt. To także historia decyzji, które pokazały, jak łatwo można pomylić tempo z odpowiedzialnością. I wygląda na to, że ta historia wcale się nie skończyła.
Piotr Tański
zapraszam do polubienia strony na FB: Przegląd Współczesny
wspieraj rozwój Przeglądu Współczesnego. Portalu Idei. Wejdź na: suppi.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (6)