I choć wtedy przegrał, to nigdy naprawdę nie zniknął z polskiej wyobraźni politycznej. Co jakiś czas wracał — jak duch początku transformacji — by znów na chwilę znaleźć się w centrum uwagi, a potem ponownie zniknąć.
Dziś wraca po raz kolejny. Po rozmowie w Kanale Zero i sugestiach, że być może mógłby pojawić się w polskiej polityce korzystając z zaproszenia Grzegorza Brauna, warto zadać pytanie nie tylko o samego Tymińskiego, ale też o to, dlaczego tego typu postacie nieustannie wracają w momentach kryzysu zaufania do państwa, elit i oficjalnych narracji.
Człowiek z teczką, człowiek znikąd?
Stanisław Tymiński wszedł do polskiej polityki w momencie absolutnie wyjątkowym. Rok 1990 był czasem, gdy Polska formalnie opuszczała PRL, ale mentalnie, instytucjonalnie i personalnie wciąż była po pas zanurzona w starym systemie.
To właśnie wtedy odbyły się pierwsze powszechne wybory prezydenckie w III RP. W teorii miały być świętem demokracji. W praktyce były one także testem tego, jak bardzo społeczeństwo jest zagubione, rozczarowane i gotowe uwierzyć w kogoś spoza układu.
Tymiński idealnie wpisał się w tę lukę. Był „z zagranicy”, miał pieniądze, mówił językiem sukcesu, obiecywał nowoczesność, siłę i skuteczność. Dla części Polaków był symbolem Zachodu. Dla innych — niepokojącą zagadką. I właśnie dlatego jego fenomen do dziś fascynuje. Bo Tymiński nie był zwykłym kandydatem. Był figurą transformacyjnego niepokoju — projekcją nadziei, frustracji i podejrzeń wobec elit, które już wtedy dla wielu wyglądały jak układ zamknięty.
Stanisław Michalkiewicz od lat powtarza swój bon mot: „Bez względu na to, kto wybory wygra — będą one wygrane.”
I trzeba przyznać, że w odniesieniu do roku 1990 to zdanie wraca z zaskakującą siłą. Bo im więcej lat mija, tym częściej pojawia się pytanie: czy pierwsze wybory prezydenckie III RP były rzeczywiście starciem dwóch odmiennych wizji Polski, czy raczej starciem dwóch różnych kandydatów poprzedniego systemu?
Upadek PRL nie oznaczał automatycznego zniknięcia wpływów dawnych struktur, dawnych sieci kontaktów i dawnych ludzi. W Polsce przełomu lat 80. i 90. polityka, biznes, służby i rodzący się kapitalizm bardzo często nie były od siebie oddzielone grubą kreską. Przeciwnie — przez długi czas funkcjonowały w tej samej mgle. I właśnie dlatego postać Tymińskiego budzi tyle emocji również dziś. Nie dlatego, że wszystko o nim wiemy. Tylko dlatego, że wciąż zbyt wiele o nim nie wiemy.
Wywiad, który bardziej otwiera temat, niż go zamyka
Rozmowa Tymińskiego w Kanale Zero jest ciekawa nie dlatego, że daje jakieś wielkie ostateczne odpowiedzi. Wręcz przeciwnie — jest ciekawa, bo uruchamia stare tropy i stare pytania, które dawno powinny zostać porządnie opisane przez dziennikarzy śledczych i historyków transformacji.
Bo przecież nawet pobieżnie przywoływane wątki brzmią co najmniej intrygująco. Wspomnienia o relacjach z ludźmi takimi jak Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski, czyli twórcami Art-B. Opowieści o osobliwych kontaktach, układach, pobytach i „organizowanych” okolicznościach, które w normalnym, przejrzystym życiorysie politycznym po prostu by się nie pojawiały.
To nie są jeszcze dowody. Ale to są sygnały, że biografia Stanisława Tymińskiego zdecydowanie nie mieści się w prostym schemacie: „przedsiębiorca z emigracji przyjechał ratować Polskę”. Jeżeli ktoś chce pisać uczciwie o III RP, to nie powinien się zatrzymywać na memie o „człowieku z teczką”. Powinien raczej zapytać: kto otwierał mu drzwi? kto go wprowadzał? kto organizował zaplecze? kto uznawał, że właśnie taki człowiek może nagle pojawić się w centrum polskiej polityki? To są pytania ważniejsze niż sama legenda.
Bo Polska nadal nie rozliczyła do końca własnego początku. Nadal nie odpowiedziała sobie uczciwie na pytanie, ile III RP było nowym otwarciem, a ile miękką przepoczwarzoną kontynuacją PRL-owskich układów w nowych garniturach i nowych spółkach. I dopóki to pytanie pozostaje otwarte, dopóty Tymiński będzie powracał — nie tylko jako człowiek, ale jako symbol.
Wywiad w Kanale Zero ma jeszcze jeden wymiar — bardziej osobisty, ale nie mniej znaczący.
Tymiński opowiada tam o Amazonii, duchowości, doświadczeniach granicznych i rytuałach ayahuaski. Z jednej strony brzmi to jak egzotyczna autobiograficzna ciekawostka. Z drugiej — dobrze pokazuje, że mamy do czynienia z człowiekiem, który od zawsze funkcjonował trochę na granicy polityki, mitu, psychologii i autokreacji. To zresztą jedna z jego największych umiejętności. Tymiński nigdy nie był tylko kandydatem czy przedsiębiorcą. On zawsze był także opowieścią o sobie samym.
O człowieku, który widział więcej, przeżył więcej, wie więcej i stoi trochę obok zwykłych reguł świata polityki. W polityce tego rodzaju postacie bywają bardzo atrakcyjne dla wyborców, ale jeszcze bardziej interesujące dla tych, którzy lubią działać nie przez oficjalne instytucje, lecz przez figury niejednoznaczne, trudne do zaszufladkowania, a przez to użyteczne.
I tu pojawia się Braun
No i właśnie dlatego nie sposób przejść obojętnie obok tego, że Stanisław Tymiński zaczyna orbitować wokół środowiska Grzegorza Brauna. To nie jest szczegół.
Braun od lat buduje swoje zaplecze nie tylko na klasycznej polityce, ale też na ludziach nietypowych, kontrowersyjnych, symbolicznych, obciążonych legendą lub aurą tajemnicy. Tymiński idealnie wpisuje się w ten model. Nie chodzi nawet o to, czy realnie odegra jakąś dużą rolę. Czasem sama obecność danej postaci mówi więcej niż jej formalna funkcja.
Jeśli bowiem ktoś taki wraca do gry właśnie dziś i właśnie w takim otoczeniu, to znaczy, że ten obóz polityczny chce sięgnąć nie tylko po elektorat buntu, ale także po cały emocjonalny i symboliczny kapitał „niedomkniętej transformacji”. A to już jest bardzo poważna sprawa.
Nie chodzi o Tymińskiego. Chodzi o Polskę
Najciekawsze w Stanisławie Tymińskim nie jest dziś nawet to, kim on jest naprawdę. Najciekawsze jest to, dlaczego po tylu latach nadal jest dla części Polaków figurą politycznie użyteczną i psychologicznie atrakcyjną. Bo jeśli społeczeństwo po 35 latach III RP nadal z uwagą słucha człowieka, który wygląda jak żywy relikt początku transformacji, to znaczy, że coś w tej transformacji nadal zostało niedopowiedziane, niedopisane i niedomknięte. Tymiński nie jest więc tylko ciekawostką historyczną. Jest przypomnieniem, że polska polityka wciąż nie przepracowała własnych początków. A tam, gdzie historia nie została porządnie opisana, zawsze wracają ludzie z teczką.
Nie ma co ukrywać — Grzegorz Braun ma wyjątkowy talent do przyciągania ludzi osobnych, dziwnych, głośnych i politycznie niejednoznacznych. A jeśli Stanisław Tymiński rzeczywiście miałby znów wejść do gry, to nie byłby to tylko folklor. To byłby sygnał, że duchy roku 1990 nadal krążą nad polską polityką. I że ktoś właśnie próbuje je obudzić.
Piotr Tański
zapraszam do lajkowania: Przegląd Współczesny


Komentarze
Pokaż komentarze (6)