48 obserwujących
335 notek
375k odsłon
  313   2

Łuskanie cebuli. Pięciolatka neopandemii

#prawo cytatu
#prawo cytatu

Wirus odzwierzęcy-naturalny czy sfabrykowany? Gdzie i od kogo się zaczęło? Jakie jest rzeczywiste upowszechnienie SARS-CoV-2 wśród ludzi? Albo jego stopień zakaźności? Ile wynosi faktyczna śmiertelność? I jak doszło do światowej proliferacji wirusa? Czy kreowana przez rok panika jest wyłącznie akcją marketingową dla globalnej dystrybucji eksperymentu medycznego pod fałszywą flagą antywirusowej szczepionki?

Zaskakująco mało wiemy po półtora roku fermentu, zaaplikowanego zwłaszcza zachodniemu światu pod nazwą pandemii CoViD-19.  I zdumiewająco sprzeczne pozostają opinie fachowców: jedni zaklinają się, że wirus zmutował samorzutnie, inni wskazują na optymalizację sekwencji białkowej umożliwiającej dobre spasowanie z receptorem ACE-2. Ci pierwsi, z uporem obwiniają nietoperze i łuskowce, drudzy zauważają, że taki proces w naturze wymagałby, bagatela, 600-800 lat. I wskazują raczej na wyspecjalizowane laboratoria zdolne umiejętnie „podkręcić” zaraźliwość oraz gatunkowy zasięg tych różnych retro- i koronowirusów, tak by nie poprzestawały jedynie na świecie zwierzęcym, lecz potrafiły również działać jako efektywne patogeny w organizmach ludzkich.

Dziwić też musi ogromny kontrast między dynamiką i skutecznością, z jaką Chińczycy rozprawili się ze swoją, podobno najbardziej jadowitą eksplozją tej infekcji, a gnuśnością Światowej Organizacji Zdrowia, która wbrew swej nazwie w zasadzie mocno przyczyniła się do rozprowadzenia lokalnego podobno wirusa po całym globie. Zdjęcia filmowe z brutalnego sposobu realizacji lockdownu w Wuhan (w styczniu 2020 roku) mocno kontrastują z procesem „rozwożenia samolotami” po świecie jeszcze przez kilka tygodni możliwych nosicieli tak śmiertelnej ponoć zarazy. Rażący brak konsekwencji? Niezborność działań? Czy jednak jakaś premedytacja?  

Tłumienie debaty: ideologiczne czy lękowe?  

Niejednomyślności wirusologów, epidemiologów czy analityków informacji w zasadzie można by się nie dziwić, lecz potraktować ją jako naturalną właściwość poznania naukowego, które jest procesem nieustającym, zbiorowym, pełnym meandrów, błędów, ślepych uliczek oraz ponownych rozpoznań, gdyby nie... całkowity brak krytycznej debaty, publicznego sporu, argumentacyjnych potyczek. Tak, tego właśnie od przeszło roku nie ma. Pandemia uzyskała status ideologicznego sacrum, a jej prorocy żądają niekwestionowanego posłuchu. Nie tylko w Polsce, lecz w całym zachodnim świecie też. Nawet najwybitniejsze autorytety w swojej dziedzinie są trwale ignorowane na rzecz grona – nazwijmy to po imieniu! – specjalistów przyreżymowych. Idzie, oczywiście, o tzw. reżymy sanitarne.

Żadnych wątpliwości! Zwolennicy niekrytycznych deklaracji o naturalności wirusa oraz grozie kowidowej zarazy wymiatającej ze świata całe pokolenia zdominowali media głównego nurtu. Tylko ci mantrujący o braku dostatecznej liczby łóżek i respiratorów oraz głoszący nieuchronność kolejnych lockdownów lub pożytki płynące z maskowania twarzy mają do dyspozycji rozgłośnie radiowe i stacje telewizyjne. Lekarze-praktycy, którzy widzą krótką, niespinającą się kołdrę pandemicznych zarządzeń, są dyscyplinowani, upominani, wzywani przed komisje, straszeni utratą prawa wykonywania zawodu. Jak np. doktor Martynowska czy członkowie powstałego niedawno w kraju Stowarzyszenia Niezależnych Lekarzy i Naukowców.

Nie wdraża się w ogóle wypraktykowanych już, skutecznych metod leczenia tej infekcji. Casus amantadyny i dr. Bodnara z Przemyśla jest tu wystarczająco wymowny. Znany program „Warto rozmawiać” Jana Pospieszalskiego, który właśnie takim głosom z drugiej strony chciał umożliwić kontakt z opinią publiczną, zniknął z anteny TVP, po jednym ekspresyjnym wykrzyknięciu posłanki Lichockiej. Wypada jej to zapamiętać. Ale jeszcze wyraziściej niż u nas zideologizowanie mediów oraz brutalne tłumienie głosów odmiennych przejawia się w podobno bardziej liberalnych od Polski państwach Zachodu, w tych byłych „ostojach swobód demokratycznych”. Z całą bezwzględnością cenzurujących teraz katolików, konserwatystów, prourodzeniowców i... Donalda Trumpa.

Ciekawe, że do sprawy tej neopandemii – neo, bo o bardzo przez WHO zliberalizowanych parametrach! – opartej rzekomo na twardych, laboratoryjnie i naukowo potwierdzonych faktach, tyle niepokoju wnoszą wszelkie głosy odrębne. Nie tylko wypowiedzi kontestujące oficjalnie głoszony stopień zagrożenia konkretnym konstru-koronowirusem, ale nawet takie, które w sposób oczywisty mają swe źródło w racjonalnym sceptycyzmie metodologicznym. Cóż, walka klasowa, ups... okołokowidowa nasila się zwłaszcza przy wątpliwościach co do pożytków mających płynąć z masowego „wyszczepiania” ludności naszego globu.

Szczepionki groźniejsze od wirusa?   

I nie są to bynajmniej wątpliwości błahe, które można zlekceważyć wzruszeniem ramion. Po pierwsze, szczepionki pojawiły się zbyt szybko, a część z nich (Moderna i Pfizer-BioNTech) to „szczepionki” tylko z nazwy, a w istocie eksperymentalne preparaty medyczne. Po drugie, wszystkie stosowane dotąd produkty antykowidowe zostały dopuszczone warunkowo, gdyż nie zdążyły jeszcze przejść pełnej trójetapowej serii testowania. Nad tym, że nikt – ani producenci, ani państwa – nie biorą na siebie odpowiedzialności za negatywne skutki ich zastosowania, ludzie zmęczeni sinusoidą obostrzeń i poluzowań, przeszli jakoś do porządku dziennego. Ale, co już powinno dziwić, informacja o tym, że szczepionki nie chronią nikogo ani przed zachorowaniem, ani przed dalszą transmisją wirusa, też nie zrobiła większego wrażenia. Może dlatego, że puściły ją w obieg, choć bez specjalnego halo, media głównego nurtu.

Lubię to! Skomentuj4 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale