48 obserwujących
335 notek
375k odsłon
  383   1

Rosół z gołąbka

Z Mamą na spacerze. Rzeszów, ulica 3-go Maja, połowa lat 50.
Z Mamą na spacerze. Rzeszów, ulica 3-go Maja, połowa lat 50.

Zimowy, słoneczny dzień, około południa. Leżę w dużym pokoju na tapczanie, pod przyciężką kołdrą. W półśnie słyszę dobiegające z sąsiedniej posesji odgłosy codziennych zajęć w stolarni zakładu pogrzebowego AETERNITAS. Pamiętam charakterystyczny krój liter, które na czarnym, nieco spłowiałym szyldzie układały się w słowo oznaczające po łacinie wieczność. Trawi mnie gorączka, w głowie wibrują dźwięki piły tnącej drewno na deski...  

Popatruję w wysokie okna pokoju. W prawym rozświetlone niebo, ze skrajną częścią kościelnej wieży zaprojektowanej przez Tylmana z Gameren. W lewym dominuje późnobarokowa fasada kościoła Świętego Krzyża, wtedy jeszcze tylko rektoralnego, bez parafii, którą jak nazwa wskazuje, była rzeszowska Fara u wylotu 3-go Maja.

Obok, na taborecie przykrytym serwetką, musztardówka z białego grubego szkła. W niej, smakowicie doprawione świeżym masłem, dwa jajka na miękko... Dobrze ścięte białko, płynne żółtka, z odrobiną soli i wspomnianym już masłem. Do tego parę kawałków białej, miękkiej bułki. Pyszne, przygotowane przez mamę śniadanie, mające nie tylko osłodzić niedolę chorego, ale i wspomóc siły organizmu w walce z anginą.

Na co dzień jajka na miękko jadało się ze specjalnych przeznaczonych do tego kieliszków, ale podczas choroby znacznie wygodniej było podać jajka w szklance, czyli po wiedeńsku. Początkowo zresztą serwowało się je w klasycznych cienkich szklankach, którym jednak zdarzało się pękać od gorąca lub nadto energicznego wyskrobywania łyżeczką rozsmarowanego na ściankach żółtka. Stąd właśnie ta musztardówka.

*
Okna kamienicy Koguta, przynajmniej te od frontu, wychodziły na wschód.  I tak już chyba pozostanie: większość mieszkań, w których przyszło mi mieszkać trochę dłużej, miało wystawę mniej więcej wschodnią. Niekiedy, jak przy Michałowskiego 13 w Krakowie nieco bardziej południowo-wschodnią, innym razem, jak w kamienicy literatów na Krupniczej 22, raczej północno-wschodnią.  Zresztą okna warszawskiego mieszkania, leżącego na terenach dawnej jurydyki nowoświeckiej, też będą skierowane ku wschodowi...

Ale to dopiero kiedyś, w przyszłości. Teraz mam pewnie dziesięć lat, leżę w gorączce, patrzę na kilim z huculskimi wzorami, wsłuchuję się w dochodzące z podwórka sąsiedniej posesji odgłosy pił. Na półce przeszklonej biblioteczki, przywiezionej przez ojca ze Lwowa, jako jeden z elementów kompletu mebli wykończonych fornirem à la orzech kaukaski, stoi Pięcioksiąg Przygód Sokolego Oka autorstwa Jamesa Fenimore’a Coopera, który tato przywiózł mi z delegacji do Warszawy lub Poznania.

Jestem zakochany w powieściach indiańskich, w opasłe tomiszcza  Karola Maya wgryzam się zachłannie, a Cooper spokojnie stoi sobie na półce. Pewnie, że nie jest to lektura równie łatwa i wciągająca, ale i tak mam wyrzuty sumienia... Pewnej nocy śnią mi się przygotowania do egzekucji. Nie wiem za co, ale to ja mam być jej ofiarą. Jakoś już pogodziłem się nawet z tą myślą. Wchodzę na taboret w pobliżu biblioteczki i wtedy wzrok pada na nietknięte jeszcze przez mnie, piękne wydanie Pięcioksięgu w twardej oprawie, z kolorowymi ilustracjami. Robi mi się żal, że nie zdążyłem tego przeczytać...

Wrażenie musiało być naprawdę mocne, gdyż wkrótce zacząłem wciągać się w powolną, bo rozgadaną, nieznającą narracyjnych skrótów, dziewiętnastowieczną prozę amerykańskiego pisarza, którego czytywał stary Goethe, podziwiał Balzac, z którym nawet nasz Mickiewicz podczas pobytu autora Szpiega w Europie uprawiał konne przejażdżki, i z całą konsekwencją doprowadziłem lekturę cyklu o przygodach Natty’ego Bumppo do końca. Nie było to wcale łatwe, gdyż w przeciwieństwie do emocjonujących, angażujących zmysł przygody, egzotyki i wyczulonych na fabularną atrakcyjność powieści Maya, czytanie Jamesa Fenimore’a Coopera wymagało pewnych wyrzeczeń: czytelniczej pokory, poznawczej cierpliwości.  

Każdy rozdział zaczynał się od motta, zwykle wierszowanego. Na tworzywo tej prozy składały się: prezentacja postaci, tło historyczne, epickie opisy przyrody, refleksje mądrościowe, akcentowanie zasad moralnych, analiza różnic rasowych i kulturowych między białymi a Indianami, próby zgłębiania natury ludzkiej, oceny różnych zachowań bohaterów, łącznie z dociekaniem ich prawdziwych motywów... Już ta wielostronność opisu przedstawianej przez Coopera rzeczywistości musiała być dla młodego przecież czytelnika trudna w odbiorze.

Jeśli dodać do tego wielokrotne ponawianie tych samych informacji, jakby w obawie, że jakiś ważny dla pisarza rys charakteru postaci – np. trzpiotowatość Judyty Hutter czy pyszałkowatość i nieokrzesanie jej adoratora – nie dość się jeszcze czytelnikowi utrwalił. No i jeśli uwzględnić nieco anachroniczną, odautorską ornamentykę w rodzaju: „zostawiliśmy naszych bohaterów pod koniec poprzedniego rozdziału pogrążonych w głębokim śnie...” – to uczciwe przebrnięcie przez Pięcioksiąg nabiera jednak rangi swoistego wyczynu.

*       
Lektury wczesnego dzieciństwa nie miały zbyt wielkiej konkurencji. Owszem, zamiast czytać, mogłem się pobawić na ganku, praktycznie sam, bo Ptasio i Lalusia, czyli dzieci sąsiadów zajmujących skrajną część oficyny na tym samym piętrze, były trochę młodsze ode mnie. Natomiast mieszkający z rodzicami na parterze tej samej oficyny Janusz Z., który mi tak po chłopacku imponował, był z kolei o kilka lat ode mnie starszy. Czym mi imponował? Choćby tym, że jadał chleb ze sztucznym miodem... Ale przede wszystkim opowieściami o kukłach Eisenhowera i Adenauera z cyrku Trumanillo, które oglądał z bliska na pierwszomajowym pochodzie.

Lubię to! Skomentuj18 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości