Tak się złożyło, że nie znałem wcześniej ani Maseckiego, ani dość różnorodnych przejawów jego muzycznych pasji, ani dokonań. Bilety na koncert kupiłem miesiąc wcześniej, tuż po zapowiedzi stołecznego występu nonetu MM. I dobrze, bo podczas koncertu sala studia była pełna. Marcin Masecki ma już swoją publiczność, która wiedziała dla kogo i po co przyszła. Co ciekawe, tam na Modzelewskiego 59 wcale nie przeważali ludzie młodzi. Słuchacze w większości (taki zgrubny szacunek na oko) byli w wieku średnim oraz powyżej średniej.
Zdyscyplinowany transmisją radiową (Dwójka PR) koncert zaczął się punktualnie i trwał nieco ponad godzinę. Muszę szczerze powiedzieć, że oswajałem się z MM, z jego podejściem do muzyki i estradowego występu dobre dwadzieścia minut. Początek pierwszej suity dla mnie rozczarowujący przez rodzaj wymuszanego suspensu: zaczynamy, konstruujemy nieoczywistą strukturę dźwiękowo-rytmiczną, ale nie pozwalamy sobie (ani zespołowi) w rzecz wstąpić… Jeszcze nie, jeszcze jeden riff, jakiś zwód rytmiczny, twist w powoli nabierającej kształtu strukturze całości i… znów zatrzymanie, taki swoisty reset!
Masecki jako pianista, kompozytor, aranżer, a zwłaszcza dyrygent – dzieli i rządzi: swych muzyków z mini-big-bandu trzyma w garści, nie pozwala im nabrać tempa i rozegrać się. Najbardziej tolerancyjny jest bodaj dla siebie przy klawiaturze. W każdym razie przez długą część pierwszej suity bluesowej tak właśnie to odbierałem. Jako coś tylko w rodzaju przymiarki do projektu, jako zamiar totalnego zapanowania nad strukturą utworu oraz zespołem. Dla mnie taka chęć, jeśli trafnie ją rekonstruuję, jawiła się jako cokolwiek nadmierna. Niespecjalnie też przemówiły do mnie partie śpiewane przez lidera, doceniam za to synkretyczną, nieco pastiszową formę całej kompozycji.
Nie mam wcale pretensji do Maseckiego o niejazzowość tych suit: o brak swingu czy dłuższych improwizowanych solówek. Nie, mój dystans do otwierającej części pierwszej suity rodziła raczej czytelna ambicja kompozytora do nadmiernego kontrolowania architektury utworu. A precyzując przesłanki tej oceny: bynajmniej nie z racji samego tylko nadzoru jako takiego, lecz z powodu przyhamowania radości grania oraz przebiegu całości, tego – powiedzmy wprost – stawania się muzyki. Nie sposób nie dostrzec, że Marcin Masecki to nie tylko kompozytor, aranżer, dyrygent, czyli lider projektu Suity Bluesowe, lecz również zdecydowany entertajner. Jego ruchliwość przy klawiaturze może przywoływać skojarzenia z impulsywnością Keitha Jarretta, choć kręcone prawą nogą młynki sugerują jednak jakąś premedytację…

Końcową część pierwszego utworu trzeba zapisać zdecydowanie na plus kompozytora i projektu. Zróżnicowane barwowo masy dźwięku, dynamiczne klastry zaskakujące nie tylko ogromną dyscypliną rytmiczną czy strukturalną, lecz zwłaszcza swym skontrastowaniem z niewielkim przecież liczebnie formatem zespołu, który skompletował do tego projektu Masecki.
Trzeba przyznać, że jego instrumentaliści są naprawdę ogromnej klasy. W stołecznym koncercie szczególnie wyróżnili się perkusista Jan Pieniążek, alciści: Marcin Konieczkowicz i Miłosz Pieczonka, a także Brunon Wojnarski na trąbce, ale trzeba dobitnie powiedzieć, że cała sekcja instrumentów dętych zaprezentowała się znakomicie. Zwłaszcza druga suita stworzyła im możliwości i zbudowała nastrój występu. Ten stylistycznie wyrafinowany patchwork moim zdaniem udał się kompozytorowi lepiej: całość – mimo licznych figlarnych niespodzianek rytmiczno-brzmieniowych nasuwających skojarzenia z utworami wczesnego Zappy – rozwijała się płynniej oraz konsekwentnie parła do przodu.
A już część suity zainicjowana przez perkusistę i skąpana w zielonym blasku reflektorów, ukazując zarówno wykonawczą brawurę zespołu, jak i twórczą inwencję lidera oraz pastiszowe zróżnicowanie wątków utworu, dobrze zwieńczyła występ. Jej przemyślnie wybrany fragment stanowił również materię krótkiego bisu, wywalczonego przez rozentuzjazmowane audytorium.
Waldemar Żyszkiewicz
15 sierpnia 2026
* wczoraj, czyli w piątek 14 sierpnia 2026


Komentarze
Pokaż komentarze (7)