londoncity londoncity
147
BLOG

Współczesna adaptacja antycznej tradycji epickiej – „Odyseja”

londoncity londoncity Kultura Obserwuj notkę 12

Po premierze „Odysei” Christophera Nolana natychmiast rozgorzała dyskusja, która pojawia się przy niemal każdej ekranizacji wielkiego dzieła literatury. Jedni oczekują niemal fotograficznej wierności wobec tekstu źródłowego, inni uważają, że klasykę należy interpretować na nowo. Osobiście stoję po stronie tej drugiej grupy. I właśnie dlatego uważam, że Nolan odniósł sukces.


Największym błędem byłoby ocenianie tego filmu przez pryzmat pytania: „Czy jest wierny Homerowi?”. Nie jest – i całe szczęście. Kino nie jest ilustrowanym wydaniem książki, lecz samodzielną sztuką, posługującą się własnym językiem. Gdyby Nolan próbował jedynie przenieść wers po wersie antyczny tekst na ekran, otrzymalibyśmy zapewne poprawną, ale martwą rekonstrukcję. Zamiast tego powstało dzieło autorskie – współczesna interpretacja najważniejszych motywów „Odysei”.


Największą siłą filmu jest jego warstwa wizualna. Każdy kadr sprawia wrażenie świadomie skomponowanego obrazu. W interpretacji morza można dostrzec inspiracje Turnerem, w przedstawieniu potworów – Goią, kobiece postacie przywołują skojarzenia z malarstwem prerafaelitów, a sceny rozgrywające się w półmroku wyraźnie odwołują się do światłocienia Caravaggia.


To zresztą przypomina o czymś bardzo istotnym. Przez blisko trzy tysiące lat „Odyseja” nie była jedynie tekstem literackim. Była nieustannie interpretowana przez malarzy, rzeźbiarzy, dramaturgów, kompozytorów i filmowców. Nolan po prostu dopisuje kolejny rozdział do tej historii. Trudno więc zarzucać mu „zdradę Homera”, skoro sam epos od stuleci żyje właśnie dzięki kolejnym interpretacjom.


Podobnie wygląda kwestia kostiumów i uzbrojenia. Krytycy zwracają uwagę na zbroje płytowe, ozdobne hełmy czy spodnie, których wojownicy epoki trojańskiej nie nosili. To prawda. Tyle że Nolan nie realizował filmu dokumentalnego o archeologii późnej epoki brązu. Tworzył świat zgodny z kulturowym wyobrażeniem antycznej Grecji, jakie przez wieki ukształtowała europejska sztuka. Trudno oczekiwać, aby współczesny widz odbierał bohaterów wyłącznie przez pryzmat ustaleń archeologów.


Równie imponująco prezentują się plenery. Piaszczyste wydmy, lasy iglaste, wyspy o wulkanicznym charakterze czy monumentalne budowle tworzą świat wiarygodny i namacalny. Co ważne, wiele scen nakręcono w autentycznych lokalizacjach, zamiast zastępować wszystko komputerowymi efektami specjalnymi. Dzięki temu film zachowuje materialność, której często brakuje współczesnym superprodukcjom.


Także narracja odbiega od Homera – i bardzo dobrze. Nolan prowadzi akcję równolegle w kilku planach czasowych: podczas wojny trojańskiej, na Itace czekającej na powrót króla, w czasie wieloletniej podróży Odyseusza oraz na wyspie Kalipso, gdzie bohater rekonstruuje własne wspomnienia. Dopiero finał spaja wszystkie te wątki powrotem na Itakę i rozprawą z zalotnikami Penelopy.


Niektórzy widzowie uznają taką konstrukcję za zbyt skomplikowaną. Ja widzę w niej dowód zaufania do inteligencji odbiorcy. Kino nie musi prowadzić widza za rękę. Współczesna literatura od dawna wykorzystuje podobne rozwiązania, a Nolan konsekwentnie stosuje je również w swoich filmach.


Reżyser świadomie wyeksponował jedne wątki, a inne ograniczył lub całkowicie usunął. Mocniej zaakcentował przemianę psychiczną Odyseusza i jego refleksję nad wojną. Zmienił znaczenie niektórych postaci, między innymi Heleny, natomiast rolę bogów sprowadził niemal do symbolu. Można się z tym zgadzać lub nie, ale trudno odmówić temu konsekwencji. Adaptacja nie jest egzaminem z historii literatury. Jest nowym dziełem, które prowadzi dialog z oryginałem.


Sukces frekwencyjny pokazuje, że publiczność tę propozycję zaakceptowała. Oczywiście wysokie wpływy z kin nie są jeszcze dowodem wartości artystycznej, ale w tym przypadku trudno mówić o zwykłym efekcie marketingowym. Film wywołał dyskusję o Homerze, o sensie adaptacji i o miejscu antyku we współczesnej kulturze. A to już samo w sobie jest osiągnięciem.


Czy „Odyseja” zdobędzie Oscary? O tym przekonamy się za kilka miesięcy. Jedno wydaje się jednak pewne: Christopher Nolan pokazał, że klasyki nie trzeba zamykać w muzeum. Można ją twórczo interpretować, nie odbierając jej wielkości. I właśnie dlatego jego „Odyseja” nie jest kopią Homera – jest dowodem na to, że wielkie dzieła naprawdę żyją tylko wtedy, gdy kolejne pokolenia odważą się opowiadać je na nowo.com podejmującym się ekranizacji klasycznych dzieł literatury.

londoncity
O mnie londoncity

znany

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (12)

Inne tematy w dziale Kultura