Zgodnie z obowiązującymi przepisami, wydania czasopisma można rozpocząc po wpisie do rejestru prowadzonego przez organ rejestracyjny (sąd wojewódzki) lub po upływie 30 dni od dnia złożenia wniosku, jeśli organ nie wypowiedział się w tym terminie. Sąd może odmówić wpisu do rejestru np. wtedy, gdy proponowana nazwa czasopisma mogłaby naruszać interesy już istniejącego organu.
Jak doskonale wszyscy pamiętamy, "Rzeczpospolita" odpaliła trotyl rękami Cezarego Gmyza pod koniec października ub. roku (zdaje się, że trzydziestego). "Niepokorni" autorzy, w geście solidarności z Gmyzem, poinformowali dumnie, że nie będą w aliansach z Hajdarowiczem, i dzielnie odeszli z "Uważam rze".
Z całą pewnością oba tygodniki - i "Do rzeczy", i "W sieci", zaczęły się ukazywać jeszcze w grudniu ubiegołego roku, niemalże w tym samym czasie (różnica kilku dni).
Oznacza to, ni mniej, ni więcej, że w czasie niecałych dwóch miesięcy członkowie-założyciele nowych wydawnictw musieli: zrobić biznesplany, uzyskać finansowanie, ustalić linię programową, lokale, sprzęt, otoczkę prawną i rejestrację w rozgrzanym sądzie. Który mógł nawet nie tyle odmwić rejestracji, ile przeciągać ją przez przysłowiowy ruski miesiąc, ad mortem us.andum.
Ale, o dziwo, sąd okazał się ludzki. Żaden przewodniczący nie zadzwonił do swojego przełożonego i nie zapytał, co z tym gorącym kartoflem zrobić. Na moje oko, nie tylko nie opóźniano rejestracji, ale MAKSYMALNIE JĄ PRZYSPIESZONO! No sorry, Winnetou, ale tak po prostu wynika z kalendarza!
W tym miejscu proszę o maksymalne skupienie: polskie sądy z jakichś powodów świetnie wiedzą, kiedy się rozgrzać, kiedy przeciągnąć, kiedy oddalić, a kiedy zadzwonić. A w tym przypadku - cóż to? Sama śmietanka niepokornego dziennikarstwa, z trotylowym Gmyzem na czele, planuje założyć już nie jedno, ale DWA niepokorne czasopisma, śmiertelnie groźne dla ustroju, a sądy nic? Jak te trusie?
Ja tego, po prostu i zwyczajnie, nie kupuję.
Cała intryga musiała być zawiązana o wiele wcześniej. Stawiam na lipiec-sierpień, może nawet czerwiec 2012.
Nie wiem, czy Gmyz był inspiratorem, czy tylko ślepym narzędziem, ale faktem jest, że od października nie było żadnej nowej "trotylowej" sensacji. Gmyz zajął się gotowaniem, Ziemkiewicz powtarzaniem dawnych tekstów w nieco zmienionej wersji, pozostali "niepokorni" też coś tam dłubią bez przekonania.
A ponieważ "W sieci" nie dostały się aż taki głośne nazwiska, jak "Do rzeczy", trzeba było dorobić im twarze męczenników. Stąd awantura o "W sieci", absurdalna, ale podnosząca "Sieciom" czytelnictwo.
To oczywiście jest najczystszej wody science-fiction, teoria spiskowa, a może nawet bajka? Mimo wszystko, w połączeniu z niskim poziomem publicystyki obu czasopism, skutecznie zniechęciło mnie wreszcie do kupowania obu tygodników "niepokornych".
Jakoś na początku stycznia chyba napisałam, że i "Do rzeczy", i "W sieci" są kiepskie, ale daję im szansę. Otóz właśnie ten kredyt zaufania u mnie się wyczerpał.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)