Kilka miesięcy temu, tuż po artykule p. Cezarego Gmyzu na temat trotylu na wraku Tupolewa, opowiedziano mi, w jaki sposób brygada antyterrorystyczna przeszukiwała pomieszczenia, w którym miała znajdować się bomba: przenośny detektor przysunięto do torby, a na wyświetlaczu pojawił się napis: proszek do prania, Persil, rok produkcji (...). Nie wiem, czy to nie była przesada faceta zafascynowanego nowoczesnymi technologiami, choć jest to osoba bardzo rzetelna i wręcz nadmiernie poważna, nieskłonna do przesady.
Gdy Brunobomber zamachnął się na świątynię demokracji ciężarówką pełną trotylu, deketory nie miały jakoś wątpliwości, co to za materiał, i to bodajże tego samego dnia (a najpóźniej nazajutrz).
Nasi dzielni begli pobrali próbki do badań gdzieś tak w połowie października ubiegłego roku (nie chce mi się sprawdzać - zresztą, nie jest to aż takie ważne). Ważniejsze, że badanie TYCH próbek trwało prawie dziewięć miesięcy - tyle, ile trwa ciąża ...
Jak wiemy, sama Prokuratura wiele miesięcy temu - niechętnie, bo niechętnie, ale bardzo wyraźnie - przyznała, że detektory w Smoleńsku wykazały obecność cząstek wysokoenergetycznych. No, niech już wam będzie, ludziska, skoro tak się czepiacie - tak, ślady materiałów wybuchowych znaleziono, co nie znaczy, że wybuch był. Kwestią było tylko - skąd te ślady pochodziły i czy da się zarejestrować ślady eksplozji. Zresztą, przekonywano nas usilnie, trotyl znajduje się wszędzie, ze szczególnym naciskiem na kiszkę wątrobianą i barchany pani prokuratorowej. Tak jakoś ;-D
Po prawie dziewięciu miesiąsach okazało się, że żadnych materiałów wybuchowych nie było - nawet w postaci kiełbasy i perfum.
W ten spsób, zupełnie niechcący, na dzisiejszej konferencji został ujawniony wstydliwy, ale i potworny sekret: smoleńscy badacze zostali wyposażeni w jakiś badziew! Skoro ta niezmiernie niebezpieczna zabawka bierze kiełbasę za trotyl, to - równie dobrze może wziąć trotyl za Chanel nr 5!
Czy rozumieją Państwo grozę tej sytuacji? .... Przecież osoby, które posługują się tak wadliwie działającym urządzeniem, narażone są na śmiertelne niebezpieczeństwo! Detektor ćwierknie "szynka parmenska", badacz w to uwierzy, nadgryzie, i ... BUUUUM! On i wszyscy wokół wylecą w powietrze!
W tej sytuacji oczywistym jest, że osoby odpowiedzialne za zakup tego prymitywnego chłamu jeszcze dziś (lub najpóźniej jutro) nie tylko wylecą z pracy, ale będą mieć też zarzuty narażenia na utratę życia i mienia!
A może JUŻ były te zwolnienia, tylko ja o tym jeszcze nie słyszałam? ...


Komentarze
Pokaż komentarze (13)