Pierwszy raz tą kiszonką zostałam poczęstowana jakieś ... no, ponad dwie dekady temu. W Polsce, ale z doskonałego źródła. Byłam wtedy w ciąży i usłyszałam ostrzeżenie, że niektórzy nie tolerują tego smaku i zapachu. Fakt - pachniało to o wiele wiele gorzej, niż nasza kapusta z beczki na wiosnę, ale po pierwszym kęsie wiedziałam, że to będzie uzależnienie do końca życia. Wstyd powiedzieć, ale zeżarłam wtedy prawie litr kim-chi ... i nie umarłam chyba wyłącznie dlatego, że od zawsze zjadałam tygodniowo tyle kiszonych warzyw, ile przeciętny Polak pewnie pochłania przez kilka lat ...
Dostałam przepis od kucharza, zapisałam sobie, stanęłam na głowie i zrobiłam wszystko według przepisu. A potem ... zaczęłam iść na łatwiznę i dostosowałam rzecz do warunków życia w bloku (orgyginalna kim-czi śmierdzi pod niebiosa!) i szybkiego życia - między pracą a małym dzieckiem. Wychodzi gorsze niż oryginał, to prawda niezaprzeczalna ... ale nadał jest to rzecz smaczna i wyjątkowo zdrowia. Należy pamiętać, że wszelkie potrawy naturalnie kiszone są dobrodziejstwem dla naszych organizmów, a już kim-czi to po prostu eksplozja witamin i innych zdrowych zwierzątek!
(Nawiasem mówiąc, takie rzeczy, jak ogórki kiszone własnej roboty, kiszone grzyby czy właśnie kim-chi albo i kapusta kiszona to nie tylko samo zdrowie i pyszny smak, ale też - suma sumarum - wielka wygoda w codziennym gotowaniu - bo o ileż łatwiej jest raz na dwa tygodnie zrobić kim-chi, w sierpniu porobić słoiki z ogórkami, nadmiar fasoli szparagowej sukcesywnie pakować do słoików, niż codzinnie robić np. sałatkę i surówkę!)
Moje proporcje są następujące (ale można oczywiście eksperymentować): 1 średnia kapusta pekińska, z bardzo duża rzodkiew japońska (daikon), dwie duże cebule, obrane, kilka ząbków czosnku, obranych, 1-2 (zależnie od ostrości i preferencji smakowych) ostre papryczki bez pestek (chyba, że ktoś się uprze.
Warzywa (wyłączamy na razie kapustę!) myjemy, obieramy ze skórki i albo ścieramy na tarce o dowolnych oczkach, albo wrzucamy do blendera i miksujemy, co ja preferuję zdecydowanie. Dodajemy około łyżki soli i wszystko bardzo dokładnie mieszamy w dużej misce (szklanej, porcelanowej, glinianej z polewą, ceramicznej itp.). Spory glinany garnek polewany lub duży słój szklany myjemy dokładnie i wyparzamy (w ogóle zachowanie idealnej higieny to warunek dobrych kiszonek!), po czym osuszamy. Umytą i osuszoną kapustę pekińcką kroimy w niewielkie kwadraty lub paski (ten drugi sposób jest, oczywiście, wygodniejszy w codziennym użyciu). W miesce mieszamy dokładnie kapustę z warzywną masą i wszystko nakładamy do słoja.
Co najbardziej cudowne w całej tej histroii to fakt, że nie musimy ubijać kapusty tak, jak to się robi z naszą kiszoną! Rzodkiwe puści sporo soku, i to bardzo szybko, więc oczywiście trzeba zadbać, by w środku nie zostały pęcherzyki potwietrza, ale co to za robota! Bajka! Niedbale uciśnięcie drewnianym tłuczkiem do ziemniaków, od niechcenia wstrząśniecie słojem tak, żeby mu kapcie spadły - i już!
Teraz już tylko wybór czegoś, co uciśnie masę, nie pozwalając jej uciec ze słoja, do czego miewa przyrodzone inklinacje. Można to zrobić, oczywiście, wyparzonym kamieniem, jak zalecają stare książki kucharskie, ale można też dobie poradzić, układając na wierzchu odpoeiedniej wielkości wyparzony talerzyk, a na nim - filiżankę.
Słoja na przykrywany przykrywką - choć wiem z doświadczenia, że jest to kusząca perspektywa, zwłaszcza w przewidywania aromatu przyrodzonego kim-chi , ale należy się powtrzymać i słój opatulić czystą ściereczką; dla pewności zaś, aby związek słoja i ścierki był nierozerwalny, tę drugą omotujemy sznurkiem lub gumką.
Teraz, wbrew doświadczeniom z polskimi kiszonkami, następuje etap najtrudniejszy - zwłaszcza, jeśli mamy męża lub syna alergika o niepotrzebie rozwiniętym zmyśle powonienia. Wyniesienie słoja na balkon, co sugerują niektórzy naiwni, pomaga wyłącznie w przypadku, gdy w pobliżu nie mamy sąsiadów - inaczej nie ma co do nich chodzić pożyczyć cukier ... Piwnica jest rozwiązaniem idealnym (chłodna!), a garaż - kompromisowym. Ja, sekowana przez domowych przemocowców, w chłodne dni posiłkowałam się szopką na narzędzia.
Ale generalnie - warto, warto! :)


Komentarze
Pokaż komentarze (16)