Dwieście pięćdziesiąt sześć dni mija dzisiaj od czasu gdy Roztocze i Zamość zostały pozbawione połączeń kolejowych. 256 to dla informatyka okrągła liczba. W zapisie szesnastkowym: 100, w zapisie ósemkowym: 400, w zapisie dwójkowym: 100000000.
Chcieli wyciąć – to wycięli. Nie tracąc nawet sił i środków na stworzenie przekonującego alibi. W to co podpisywali – odwołani już członkowie zarządu Intercity – nie wierzyli ani oni, ani ministerialni urzędnicy, do których kierowane były pisma (uwaga: to wersja optymistyczna, pesymistyczna jest taka, że jednak wierzyli). Bo jak można inaczej interpretować odwołanie pociągów, które w marcu, a więc w martwym przewozowo okresie (Wielkanoc w roku 2009 przypadała w kwietniu), osiągnęły zakładaną frekwencję? Jak inaczej można odczytywać słowa, że z po zastąpieniu pociągów autobusami nie zmniejszą się przychody, czyli liczba pasażerów? Pewnie dlatego pociągi, w których naukowo stwierdzono frekwencję w okolicach 100, zostały od września do grudnia zastąpione autobusami mieszczącymi mniej niż 50. Co można powiedzieć o profesjonalizmie osób podpisujących w maju(!) umowę na połączenia międzywojewódzkie, twierdzących w czerwcu(!!), że wszystko jest OK oraz zmieniających zdanie w lipcu(!!!), w ten sposób, że trzeba jednak odwołać sporo połączeń? Nie ma pomyłki. Chodzi o trzy kolejne miesiące tego samego, 2009 roku.
Nic nie docierało. Nawet uzasadniony ze wszech miar kompromis polegający na zostawieniu połączeń w kierunku Wrocławia, z tego jednego niekoniecznie codziennie. Nie bo nie. Trakcja spalinowa jest za droga. W przypadku finansowego przez Ministerstwo Infrastruktury pociągu ze Szczecina, przez Warszawę i Lublin do Przemyśla oraz … Przemyśla również? Zwłaszcza, że jeden jego kawałek, ten ciągnięty lokomotywą spalinową, większość trasy „po podzieleniu” pokonuje „pod drutem”?
Równolegle trwała batalia z samorządem o uruchomienie połączeń z Lublinem. Było to możliwe technicznie, a finansowo inaczej niż myślał samorząd. Niewiele z tego wyszło, ale przynajmniej miałem ubaw na spotkaniu z członkami Zarządu Województwa, na którym dowiedziałem się ile wysiłku włożył samorząd w doprowadzenie do przedstawienia oferty. Chyba w odbieranie dziesiątek wiercących w brzuchu telefonów informujących o tym, że jest oferta, że jest realna, i że jak się ją poczyta między wierszami, to potrzebna kwota zbliża się „niebezpiecznie” do „niewykonań” lubelskiego zakładu w ubiegłym roku. Choć, trzeba przyznać, tej ostatniej informacji marszałek Sobczak nie posiadał.
Samorząd miał niezłe alibi. „Intercity planuje”, „Intercity zastanawia się”, „Intercity rozważa”, „Intercity myśli”, powtarzano w ślad za prasowymi doniesieniami. No to wymyśliło – za kilka dni będzie wiadomo co konkretnie. Lublin też nieźle ma dostać po tyłku. Było też drugie alibi. Postawa władz miejskich Zamościa. Wypowiedź Prezydenta Marcina Zamoyskiego, że – przytaczam z pamięci – „zaborca austriacki kolej do Zamościa wprowadził, a ja tę kolej z Zamościa wykurzę” wydawała się nieprawdopodobna i absurdalna. Aż do dnia, w którym przytoczono ją w jednym z lokalnych tygodników. O dementi nie słyszałem. Znaczy się jednak takie słowa padły.
Nic nie jest w stanie Marcina Zamoyskiego w tej sprawie wytłumaczyć. Nawet szeroki kontekst wypowiedzi polegający na wizji Warszawa – Lublin – Zamość – Lwów. Szybciej Panie Prezydencie naukowcy pracujący w CERN opracują wydajną energetycznie metodę teleportacji, niż politycy postanowią wydać ciężką kasę na quasi-magistralę, która – by być wykorzystaną – będzie musiała przejmować ciężki ruch z innych, remontowanych właśnie za ciężką kasę prawdziwych magistral.
Do tego czasu będziemy sobie żyć odcinani od świata i cywilizacji w mieście na „za”. Oraz w innych okolicznych zadupiach.
Na nic krokodyle łzy i inne listy.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)