Krajowa strategia rozwoju regionalnego 2010-2020 przyjęta w ubiegłym tygodniu przez rząd jest twórczym rozwinięciem Strategii Polska 2030. I to dziwne nie jest. Skoro się powiedziało A, trzeba powiedzieć B. Najważniejsze, żeby nie w sposób, który pokaże, że ma się Polskę C (skoro Polski B nie ma, a podziały jednak są...) w D.
Dopóki władza pochodząca z demokratycznych wyborów uznaje, że model polaryzacyjno-dyfuzyjny jest tym co krajowi jest potrzebne najbardziej – trzeba się w jakiś sposób w tej rzeczywistości znaleźć. Można w tym celu pójść po najmniejszej linii oporu i pytać do upadłego i przy każdej okazji, czy na pewno w interesie elektoratu mniejszego koalicjanta jest taki a nie inny
model rozwoju.
Można również, korzystając z bliskiej kampanii samorządowej, wymuszać na regionalnych politykach określenie pomysłów, wizji, strategii i metod wydatkowania tych 30% przeznaczonych łaskawie na obszary niemetropolitalne. Bo można je przecież wydać na różne sposoby. Nawet w ramach koncepcji, by polaryzowanym terenom dawać wędkę, a nie rybę. W zbożnym celu zwiększania ich możliwości korzystania z dyfundujących z biegunów wzrostu dóbr wszelakich.
One przecież mogą dyfundować na różne sposoby. Najbardziej skuteczny, podkreślany na co piątej stornie rządowych dokumentów, to polepszenie infrastruktury drogowej i kolejowej oraz wzmocnienie systemu transportu publicznego. Powiedzmy, że ma to sens. Z dóbr oferowanych przez Zamość korzystam sporadycznie, ponieważ w koszty wizyty muszę wrzucać
powrotną taksówkę. Potencjału Lublina nie zwiększam w ogóle, ponieważ na 100 kilometrowy kurs po prostu mnie nie stać. A jeżeli mam wliczyć nocleg, to po prostu wolę odwiedzić rodzinny Kraków.
Regionalne debaty o sposobie wykorzystania części rozwojowych środków przeznaczonej „dla prowincji” należy zaczynać już. Zbierać deklaracje, czy pójdą one w „twarde”, infrastrukturalne inwestycje naprawdę zwiększające potencjał i poprawiające spójność Bo mogą pójść równie dobrze w działania miękkie, poprawiające samopoczucie politykom oraz stan kont wyspecjalizowanym przejadaczom dotacji.
Czego skutkiem będzie, że najwyżej 30% środków (z tych 30%!) na wykluczonych terenach zostanie i będzie pracować. Bezpłatny,
zabijający lokalnych przedsiębiorców, Internet sprawy nie załatwi.
Komentarze
Pokaż komentarze (1)