11 obserwujących
583 notki
681k odsłon
  516   1

Dlaczego "zwykli ludzie" widziani na konwencjach stają się łatwą pożywką dla wyborców?

Ostatnio na konwencji PO w Radomiu znowu mieliśmy do czynienia ze zjawiskiem użytku ludzi pracy, przedsiębiorczości do czynności czysto partyjnych. Nie jest to pierwszy przypadek, bo takich ludzi już wykorzystywano wcześniej. Ale na uwagę zasługuje fakt, że za każdym razem daje to danej partii politycznej jakiś efekt. Dlaczego?

Na początek słów kilka o tym zjawisku. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo ja sam uważam, że pojawianie się osób sfrustrowanych swoim losem, często z powodu małej pensji, braku pomocy państwa i urzędników na spotkaniach z najważniejszymi politykami w kraju, nie jest niczym zaskakującym ani nowym. Bo w zasadzie kiedy mieliby się oni pojawiać i powiedzieć, co ich boli, jakie mają bolączki, czego oczekiwaliby od państwa. Oczywiście, można odwiedzić biuro poselskie, ale nie od dzisiaj wiemy, że obywatel w takich miejscach jest często odsyłany z kwitkiem bądź traktowany jako zło konieczne. Czasem słyszy się historie, że przyszli obywatele do biura znanego posła, ale są to sytuacje w mniejszej ilości i nie wiadomo czy nie ustawiane pod użytek kamer. Dlatego takie spotkania, gdzie można zamienić kilka słów są jak najbardziej normalne. I chyba najbardziej wiarygodne (choć istnieje ryzyko także podstawienia takich osób), bo wtedy te osoby widać, widać ich emocje i nie znamy tych wydarzeń tylko z opowiadań posłów.

Istnieje jednak drugie dno. Mianowicie jeśli te osoby pojawiają się najpierw na spotkaniach, wiecach, a później na konwencjach, powinna zapalić się lampka ostrzegawcza. Że takie osoby mogły mieć interes partyjny lub występ na spotkaniu chociażby z Kaczyńskim czy Tuskiem miał być pierwszym "przystankiem na drodze do politycznej kariery. I nie będę w tym przypadku stawał po stronie żadnej partii, bo wszystkie mają takie rzeczy za uszami. Czy to PIS w przypadku słynnego "paprykarza" czy PO w osobie pani Hartwich, jej koleżanek i synów, a na pani Agnieszce, nauczycielce kończąc. A  przy ostatniej pani warto zatrzymać się na dłużej. Bowiem w czasie, gdy opowiada ona , że zarabia mało w pracy pedagogicznej, okazuje się jednocześnie, że jest jakiejś radzie i rocznie ma zarobki w kwocie 150 tys. zł. Przypadek, fake news?Nie sądzę, był to dobrze zorganizowany, sterowany przypadek. 

Czy ludzie jednak by uwierzyli w drugą stronę medalu? Nie uważam, bowiem nawet, gdyby to okazało się prawdą, to pierwsza wersja o niskich zarobkach została tak dokładnie wryta w umysły czy to zwolenników PO czy ogólnie Polaków, że reszta nie ma najmniejszego znaczenia. Tak samo w przypadku p. Hartwich i jej docelowych interesów. "Walczyła" o syna, o niepełnosprawnych, a to, że na końcu zadbała tylko swój i swojego syna interes, nie ma to żadnego znaczenia. Na ludzi zawsze będzie działać krzywda ludzka, kiepska sytuacja rodzinno-materialna, a czy to jest do końca prawda, nie ma to znaczenia. Tacy ludzie jeszcze długo będą pożywką dla partii, bowiem sami od interesu narodu, wolą swój własny, bez patrzenia na konsekwencje. Po prostu upadek polityczny. Ale upadek, który będzie postępował.

Lubię to! Skomentuj6 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Polityka