Rozsądnie myślący, a raczej, kalkulujący polityk, zdaje sobie sprawę z dwóch rzeczy. Po pierwsze polityka to permanentna gra. Po drugie: przewagę w niej zdobywa ten, kto jest bardziej sprytny, logiczny i przebiegły. Konsekwencją tego swoistego „status quo” jest fakt, że klucz do sukcesu musi niewątpliwie oprzeć się na zasadziedivide et impera. Zdolność do budowania małych, koalicji, szybkich sojuszy przy jednoczesnym podsycaniu lokalnych wojen i politycznych „rzezi” to umiejętność niezwykle pożądana, posiadana jedynie przez nielicznych. Umiejętność ta, daje szansę utrzymania się w grze, choć współcześni spece od politycznego marketingu zdecydowanie woleli by pewnie termin „mainstream”.
Planowanie
Rozważmy więc powyższe twierdzenie na prostym przykładzie: PO. Duża partia, dużo ludzi, sporo sprzecznych interesów do pogodzenia choć w zasadzie cel jest ten sam: dobro Polski. Kto bowiem nie pragnie dobra Ojczyzny, członkiem PO być nie może a przynajmniej nie powinien. Zarządzanie taką masą członków organizacji wymaga jednak niezwykle precyzyjnego planowania, sprawnej logistyki, tak aby przeprowadzane operacje, realizujące zakładane cele, stawały się elementem niekończącego się pasma sukcesów. Kto może temu podołać? Jedynie umysł o nieprzeciętnej przenikliwości, spełniający kryteria ze wstępu. Taki w PO jest tylko jeden. Donald Tusk.
On wie jak grać, On potrafi planować i przewidywać ruchy przeciwnika. On wreszcie, potrafi tak dzielić, aby dało się rządzić. Jest dokładny, systematyczny i cierpliwy. Ma plan, jaki nie może zawieść. Poprowadzi PO do zwycięstwa, ale do takiego, które powali adwersarzy na łopatki i wzbudzi respekt u innych potencjalnych wrogów.
Robił to już wiele razy i jest doświadczony. Wie gdzie trzeba uderzyć, aby „Przeciwnika” zabolało najbardziej. W 2007 roku podebrał „Przeciwnikowi” Radosława Sikorskiego, zaatakował autorytetem, za jaki jest uważany Władysław Bartoszewski. A co teraz? Na razie idzie nie źle, bo udało się pozyskać do drużyny „lewych” i „prawych” zawodników. Bez szczególnego wysiłku. Sami przyszli, widząc w Donaldzie ojca a także nauczyciela politycznego fachu.
Operacja
To jednak za mało, aby powiedzieć, że jest „klawo jak cholera”. Trzeba jeszcze udobruchać wewnętrzną opozycję, tak aby operacja pod kryptonimem „9.X” odbyła się sprawnie. Synchronizacja zegarków, to w rzeczywistości trudne zgranie Grabarczyka ze Schetyną, polegające na tym, że obaj podpiszą chwilowy rozejm a za łby wezmą się po zakończeniu akcji „9.X”. Do tego trzeba jeszcze dodać konieczność przekonania całej załogi PO, że nowe nabytki trzeba na starcie docenić wysokimi miejscami na listach, tak aby mocno rozsierdzić „Przeciwnika”. Oprócz tego - na trochę - trzeba wstrzymać plany liberalizacji moralności, bo opinia publiczna nie lubi gwałtownych rewolucji. Im mniej „krzyżowców”, walczących za idee, tym lepiej.
Akcja
Plan jest więc taki: Czarek zatroszczy się o kasę (bo Janusz odszedł z gangu a Miro niezbyt jawnie może pomóc). Grzegorz przypilnuje, aby przypadkiem nie uchwalono czegoś „rewolucyjnego”. Jarosław nada całości trochę intelektualnego przepychu a Radek będzie jeszcze bardziej znany, z tego, że jest znany - to podniesie nasze notowania u sąsiadów.
A on? On będzie ojcem, będzie tam gdzie jest potrzebny (choć najlepiej by było, aby był tam, gdzie jest kamera). Ludzie muszą widzieć jak rządzi, jak się poświęca. A nawet jeśli coś nie wychodzi - plan budowy kolejnej autostrady wziął w łeb i polskie lokomotywy ciągną już tylko jeden wagon - to trzeba współczuć ludziom i decydować natychmiast, że ma być zrobione - w końcu kiedyś przecież zostanie zrobione (w ten czy inny, lepszy lub gorszy sposób).
To wystarczy, aby operacja „9.X” się powiodła. Nie jest przecież zbyt kosztowna, skoro „Przeciwnik” zajmuje się czymś zupełnie innym. Pozostaje tylko spokojnie czekać, paląc cygaro, na przebieg dalszych wypadków. Miliony jakie przyniesie ta operacja (dla całej PO) same pchają się w łapy.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)