Grecja wpadła po szyję w bagno ekonomiczne, z którego raczej nie wyciągnie się sama za włosy, jak legendarny niemiecki baron Munchausen...Bank Centralny w Atenach twierdzi, że obejdzie się bez zagranicznej pomocy, a prezydent Francji Sarkozy ślepo w to wierzy.
„Grecka choroba” może więc rozszerzyć się na całą Europę, która nie rwie się do płacenia za przekręty pod Akropolem. Izraelczycy, lubiący wyskoczyć nieraz w weekend do ateńskich klubów buzuki (żarcie i picie bez ograniczeń) opowiadają, na czym polega grecki cud gospodarczy.
Przy wejściu do klubu wciskają ci coś w rodzaju biletu z wydrukowanym napisem „pięć euro”, ale prawdziwa cena wynosi dziesięć razy tyle. Podobnie jest z wyjątkowo tanimi taksówkami, które nie mają liczników, a kierowcy płacą fiskusowi co miesiąc 100 euro niezależnie od utargu.
Sądząc z rozmiarów deficytu (300 mld euro) - podobnie wygląda cała grecka gospodarka. Ludzie w Atenach są kompletnie załamani. Tymczasem Niemcy pozwalają sobie na kretyńskie uwagi: Grecy powinni sprzedać Akropol lub parę wysepek. Jak batiuszka car - Alaskę.



Komentarze
Pokaż komentarze (83)