Umiarkowane władze palestyńskie na Zachodnim Brzegu chcą nazwać placyk w Ramallah imieniem terrorystki Dadal al-Mugrabi. Ta zasłużona pani w marcu 1978 r. uczestniczyła w „akcji” na szosie nabrzeżnej w centralnym Izraelu, kiedy to terroryści z Fatah zabili 35 Izraelczyków.
13 terrorystów przedostało się wtedy pontonami z płd. Libanu do kibucu Maagan Michael w północnym Izraelu. Dwóch utonęło po drodze, pozostała jedenastka najpierw zastrzeliła na plaży młodą kobietę fotografującą faunę, a potem porwała 2 autobusy Eggedu i taksówkę.
Na przedmieściach Tel Awiwu terroryści zostali zatrzymani blokadą drogową i w czasie walki z wojskiem zabili granatami wszystkich zakładników. Trzy lata temu pani Mugrabi, która zginęła na tymże polu chwały - ogłoszona została szahidem, czyli świętą męczennicą etc.
Afera z placykiem w Ramallah jest jedną z odsłon skomplikowanej sytuacji na styku między Izraelem i palestyńskimi świeckimi władzami Mahmuda Abbasa. Nie przypadkiem też zapewne strona izraelska ogłosiła teraz, że zbuduje nowe osiedla we wschodniej Jerozolimie.
Tak naprawdę Izrael i ekipa Abbasa ściśle współpracują w zwalczaniu Hamasu, który w przeciwnym razie dawno już przechwyciłby władzę także na Zachodnim Brzegu. O tym wszystkim doskonale wiedzą Amerykanie, którzy szkolą w Jordanii specjalne oddziały palestyńskie.
Wiceprezydent USA Joe Biden przebywa właśnie w Izraelu, usiłując doprowadzić do wznowienia dialogu pokojowego. Oficjalnie zapowiedź rozbudowy osadnictwa uznana została za „policzek” i próbę storpedowania jego misji. W taki sposób komentuje to większość mediów.
Nieoficjalnie można jednak usłyszeć, że rozbieżności Izrael-USA dotyczą czegoś znacznie ważniejszego. Joe Biden miał powiedzieć wczoraj premierowi Netaniahu, że Biały Dom nie zgadza się, aby Izrael zniszczył irańskie instalacje nuklearne już w najbliższych miesiącach.



Komentarze
Pokaż komentarze (18)