Wczoraj łaziłem z parę godzin po Warszawie - na trasie od „Arkadii” przez Nowe i Stare Miasto, aż do Foksal i Bliklego na Nowym Świecie - z 10 razy walnął mnie w nozdrza fetor szamba. Było bezwietrznie i słonecznie, z 30 stopni C; na Krakowskim pełno ludzi w bermudach - nikt poza mną tego nie zaznał?
W każdym razie jakimś tam władzom powinno to zakłócić grilla. Późnym wieczorem samolocikiem do Tel Awiwu - tu z miejsca bandyckie taxi na lotnisku. Zawsze powtarzam: obu tych pięknych krajów nie należy porównywać ze sobą - nic to nie daje. Każdy z nich lepiej porównywać z Helvecją.
Od paru dni głównym tematem doniesień światowych jest zadyma cipowa z Putinem - sorry, tak się dokładnie rzecz przekłada. Putin wyszedł na idiotę - to chyba jasne. Zaś ostre panienki w gułagu (nie chcąc prosić o łaskę) upodobnią się z lekkim opóźnieniem do „najweselszego baraku w obozie”. Super, nie?
Jakby podobna afera w Stanach. Ktoś sobie nagle przypomniał, że równo rok temu kilkunastu kongresmanów republikańskich z paniami wskoczyło w nocy - na waleta po pijaku - do jeziora Genezaret. To może wzburzyć chrześcijan i wyważyć fakt, że Obama, jako prezydent, nigdy nie wskoczył z wizytką do Izraela.


Komentarze
Pokaż komentarze (45)