Wczorajszy numer Netanjahu z karykaturalną/komiksową bombą z fikuśnym loncikiem, na której czerwonym markerem zaznaczył, od jakiego momentu, za jakieś pół roku, Izraelczycy mogą rozwalić instalacje atomowe w Iranie - był mistrzowskim posunięciem PR w dziedzinie prezentacji politycznych.
Nic dziwnego, że niemal z miejsca w kierunku Bibiego Netanjahu popłynęły niewybredne ataki izraelskiego i amerykańsko-żydowskiego lewactwa. Mam z tego powodu naprawdę sporo frajdy - sukces premiera Izraela na tym tle, pulsującym bezrozumną nienawiścią, nabiera dodatkowego wydźwięku.
Bibi Netanjahu zaprezentował komiksową atomówkę - z czerwoną krechą przed zapalnikiem - nie tyle dyplomatom i mediom w ONZ, co milionom zwykłych śmiertelników w USA, w Izraelu i na całym świecie, dla których wszystkie te tajemnicze procesy z budową bomby stały się nagle jasne.
W opętańczej epoce 3D, grafiki komputerowej, czytników z LCD, monitorów plazmowych i telebimów - zwykły bristol z mazakiem okazały się narzędziem genialnym. Izrael ma teraz na szczeście cholernie inteligentnego premiera - komiksowa bomba była też karykaturą dzikusów, którzy chcieliby użyć "A".


Komentarze
Pokaż komentarze (42)