Na Bliskim Wschodzie znowu zaczęły spadać z nieba interesujące obiekty... Najpierw 6 bm. sypnął się irański bezzałogowiec - odpalony przez libański Hezbollah i zestrzelony przez Izraelczyków ok. 30 km od Dimony. Brodacze w turbanach otrąbili to jako gigantyczny sukces i „klęskę reżimu syjonistycznego”.
Media izraelskie komentowały ten incydent jako wpadkę i kompromitację. W dodatku ostatni „The Sunday Times” poinformował, że islamistyczny dron sfilmował przygotowania do zakrojonych na bezprecedensową skalę manewrów izraelsko-amerykańskich, które rozpoczną się tutaj na dniach (!).
Od półtora tygodnia w powietrzu wisiało pytanko, czy cholerny dron kierowany był satelitarnie, w związku z czym mógł przekazywać w czasie rzeczywistym obrazki swoim operatorom. Oficjalny Izrael milczał jak zaklęty... - to naprawdę byłaby bardzo poważna luka w obronie przeciwlotniczej.
Doszło do tego, że pojawiły się niecne spekulacje, iż dronik był niewidzialny dla radarów, co z kolei rozsierdziło mocno Amerykanów. Ich maszyna z tego typu rozwiązaniami technologicznymi wpadła w ręce Irańczyków w grudniu 2011. Pentagon postanowił więc teraz rozwiać wątpliwości w tej kwestii.
Powiadomił dziś, że bezzałogowiec zestrzelony w południowym Izraelu nie miał żadnych łączy satelitarnych, namierzony został od razu jeszcze na wysokości Hajfy (płn. Izrael). „Był to zwykły model latający, z kamerami Siemensa..., który każdy majsterkowicz może sobie zbudować w domu”.
O mało nie zapomniałem o drugim fascynującym modelu latającym, który spadł z bliskowschodniego nieba... Wczoraj syryjscy powstańcy zestrzelili pod Aleppo reżimowego MiGa, którego dwaj piloci wyskoczyli na spadochronach. Jeden z nich do złudzenia przypomina Asada - normalnie lustrzane odbicie.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)