Sukces Baracka Obamy już w najbliższych miesiącach może przełożyć się negatywnie na kryzys atomowy z Iranem i sytuację na arenie syryjskiej. Administracja Obamy ma już na swym koncie poważne błędy, kiedy to wskutek opacznej oceny charakteru arabskiej wiosny udzieliła poparcia islamistom.
Rezultatem tego jest przechwycenie władzy w Egipcie, Tunezji i Libii przez „Bractwo Muzułmańskie” traktowane przez Biały Dom, jako „umiarkowane”. Druga kadencja Obamy oznaczać będzie kontynuowanie tej obłędnej i krótkowzrocznej polityki, co zagrozi podobnymi wstrząsami m.in. w Jordanii.
Dla Izraela byłoby to równoznaczne z koniecznością interwencji zbrojnej, gdyż Jordania nie jest oddzielona od niego strefą buforową, jak to ma miejsce np. z Egiptem (płw. Synaj). Dominacja islamistów w Jordanii umożliwiłaby im ekspansję na palestyńską część Zachodniegu Brzegu i Arabię Saudyjską.
Z kolei militarne zaangażowanie Izraelczyków po stronie króla Abdullaha I w Jordanii mogłoby „uprawnić” Asada do próby wyciszenia konfliktu w Syrii - poprzez eskalację wojenną na wzgórzach Golan. I tak już ostatnio mnożą się tam prowokacje mogące doprowadzić do frontalnego zderzenia z Izraelem.
Rzecz jasna, wszystko to groziłoby wybuchem konfliktu na skalę regionalną, w której uczestniczyłby także Teheran - poprzez swoje przybudówki w Libanie (Hezbollah) i w Strefie Gazy (Hamas, Dżihad Islamski). Wojna izraelsko-arabska ułatwiłaby ajatollahom dalszą grę na czas, aby dorwać się do „A”.
Izraelczycy naturalnie:)... powstrzymaliby się od zniszczenia irańskich ośrodków nuklearnych w oczekiwaniu, aż Obama wyśle tam Marines.


Komentarze
Pokaż komentarze (88)