Z parę dni po zamachu na Benazir Bhutto gadające łby na całym świecie głównie zastanawiały się nad tym, czy najpierw została zastrzelona, a potem dopiero terrorysta-samobójca - ten sam czy inny - wysadził się w powietrze. Po wstępnych oględzinach…uzgodnionio, że całkiem źle się stało dla demokracji w Pakistanie i okolicach.
Estetyzujące, acz defetyzujące - tudzież ospałe z natury - łebki od Putina oznajmiły ochoczo, że zamach będzie sygnałem i zachętą do nasilenia terroryzmu także w innych newralgicznych rejonach świata. Ten argument przemówił do mnie najdobitniej, tym bardziej, że do zamachu przyznała się prawie natychmiast niestrudzona al-Kaida.
W następnej chwili odszczekała wprawdzie swoje wyznanie, ale to już nie miało znaczenia. Śmierć pani Bhutto wywoła falę tak gwałtownych zamieszek, że al-Kaida, której jednym z celów jest przekształcenie Pakistanu w islamski kalifat, wolała zrezygnować z chwilowego splendoru, mogącego okazać się bronią obosieczną.
Zaraz też - aby odwrócić uwagę od areny pakistańskiej - odezwał się dawno nie słyszany, acz wciąż aktywny porąbaniec bin-Laden. Wybełkołtał złowieszczo w internesiu, że al-Kaida nie odpuści ani w Iraku, ani w Palestynie, póki nie wyzwoli jej całej - łącznie z królestwem Jordanii - spod jarzma syjonistyczno -amerykańskiego.
Ten ostatni fragment o “Palestynie” - będący nowością i potraktowany poważnie przez fachowców od terroryzmu światowego - został, nie wiedzieć czemu, pominięty w większości serwisów np. w Polsce. Abstrahując jednak od Osamy - dużo ciekawsze wg mnie jest to, w jakim stopniu śmierć Bhutto wpłynie na wyniki wyborów w USA.
Zapewne najwięcej zarobi na tym republikański “Rudy” Juliani. Zresztą wg mojej topornej teorii - nie nadszedł jeszcze czas, aby Amerykanie wybrali prezydentem - “Kobietę, Murzyna lub Żyda”.



Komentarze
Pokaż komentarze (39)