Nie interesuje mnie otóż temat tzw. polskiego antysemityzmu; dawno temu - z powodów, powiedzmy, konformistycznych - postanowiłem nie zawracać tym sobie głowy. Dlatego m.in. wyjechałem z Polski po marcu-68. Gamę moich ówczesnych fascynacji opisałem w powieści “Grupy na wolnym powietrzu”, której tytuł mówi sam za siebie.
Nie mogłem jeszcze wtedy wiedzieć, że wydarzenia marcowe okażą się “początkiem końca” komuny i odpalą procesy ewolucyjne, których zwieńczeniem jest demokratyczna Polska. Nie wiedziałem też jeszcze wtedy, że po wyjeździe zapadnę na chorobę emigracyjną, która jest chyba jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogą spotkać człowieka.
Ucieczkę od “kanału emigracyjnego” w Skandynawii, gdzie najpierw mieszkałem, znalazłem w Izraelu, który pod wieloma względami przypominał mi ówczesną Polskę. Niektórym wyda się to ciut dziwne. W moim przypadku okazało się jednak bardzo dobrym rozwiązaniem i do dziś uważam, że nie mogłem wówczas wymyślić nic lepszego.
W konsekwencji marca-68 nie ma w Polsce mniejszości żydowskiej. Dlatego z mojej perspektywy, dyskusja nad wydaną przez “Znak” książką Grosa nie tyle odbywa się na linii Polacy-Żydzi, lecz przede wszystkim jest debatą wewnątrzpolską. Mam niejakie wrażenie, że ów aspekt nie przebił się jeszcze do powszechnej świadomości.



Komentarze
Pokaż komentarze (91)