Ósmego marca pod oszronionym pomnikiem Kopernika zobaczyłem nagle tłum studentów w uniwersyteckich białych czapkach z daszkami, których nigdy przedtem nie nosili. Skandowali w stronę kordonu milicyjnego „Gestapo, Gestapo” - i to nawet nie było takie złe, choć nie było jeszcze nigdzie wywróconego radiowozu. Mendy w strojach jak kosmici zastawiali jezdnię i zobaczylem „lubliny” z migającymi światłami na szoferkach.
Golędzinowiec w hełmie z podniesioną przyłbicą wrzeszczał w megafon, żeby się rozejść i zlikwidować zgromadzenie, ale chyba dostał kamieniem, bo zajechały nowe „lubliny” z opuszczonymi klapami i niebieskimi obrotowymi lampami na kabinach. Więc to była piękna zadyma z fajnymi hasłami, choć jeszcze nie wiedziałem, że chyba ostrzejsza od nas samych.
Ale nie zadawałem sobie wtedy żadnych pytań na inteligencję i od tyłu podali, żeby zewrzeć szeregi, i zaczęliśmy śpiewać „Jeszcze Polska” - gdy oni ruszyli na nas z pałami i zaczęli strzelać granatami z gazem łzawiącym. Stałem gdzieś z przodu i chłopaki w lenonkach, nie tracąc rozbawienia, wyrywali krzywą płytę z chodnika i przez chwilę nie wiedzieliśmy gdzie się kryć.
Słońce wyszło na moment i zobaczyłem rozświetlony krzyż nad kościołem, gdzie przechowują serce Chopina. Pałowali ludzi pośrodku jezdni i obrzucaliśmy ich kamieniami, i nagle usłyszałem krzyk dziewczyn, które miały twarze jak mężczyźni. Nawialiśmy do bramy na Krakowskim 1, gdzie kiedyś mieszkał Rakoczy i tamci przyblokowali przejścia, ale znaliśmy tam wszystko, bo chodziliśmy kiedyś w okolicy do różnych szkółek.
Kierownik jakiegoś sklepu, z czerwonym ołówkiem za uchem, otworzył nam drzwi na zaplecze. Pamiętam, że potem na Oboźnej przedarliśmy się na uniwerek bocznym wejściem i szturmem wtargnęli ormowcy z pałami w rękawach, i byliśmy tak wściekli, że wykopaliśmy ich szybciej niż wchodzili.
cdn (rzecz jasna)



Komentarze
Pokaż komentarze (11)