Oczy świata i ludzi wznoszą się wprawdzie w tych dniach ku tonącemu w mgławicach (gazu łzawiacego) Tybetowi, ale warto też kibicować brawurowym akcjom w podniebnych Alpach Szwajcarskich. Okazję ku temu stworzyło zawarcie oficjalnej umowy, w ramach której neutralna tradycyjnie Helvecja otrzymywać będzie przez 25 lat od Irańczyków gaz ziemny - transakcja opiewająca na 20 mld eurasków.
W celu podpisania umowy eteryczna szefowa MSZ Berna, Micheline Calmy-Rey, udała się do Teheranu, gdzie okutała łeb misternie udrapowaną, sporawych rozmiarów, białą chusteczką islamską. Sztywno siedziała przy stylowym stoliczku z wiązanką kwiatów, po drugiej stronie którego szczerzył kły, przebierając girami (jak by powiedział wielki Fiodor) - bogobojny mułła Ahmadineżad.
Szwajcarzy, z wrodzonym wdziękiem (góralskim), tłumaczą, że związali się z ajatollahami, żeby uniezależnić się pod względem energetycznym od rosyjskich satrapów. Mimo to, MSZ w Jerozolimie wezwało nowego ambasadora Helvecji, Waltera Haffnera, dosłownie w parę minut po tym jak złożył listy uwierzytelniajace, żeby solidnie go opieprzyć za łamanie embargo ekonomicznego wobec Iranu.
Helvecja od dawna posiadła formułę przeczekiwania za górami huraganów w Europie i dojenia z nich korzyści od wszystkich wojujących stron. Współpraca z Iranem świadczy o tym, że bankierzy szwajcarscy dużo bardziej niż Rosji obawiają się narastającej w Europie zarazy islamskiej. Sen im odbiera wizja apokalipsy, którą mułłowie ściągnęli na Liban zw. dawniej - Szwajcarią Bliskiego Wschodu.



Komentarze
Pokaż komentarze (49)