Każdy chyba widział klasyczną komedię “Gangsterzy i filantropi”, w której skok na kasę nie udaje się, bo gangsterom kradną koła od wozu. Podobna sytuacja miała miejsce w 1997 r., gdy dwaj agenci Mossadu wstrzyknęli na ulicy w Ammanie jakąś currarę w migdał liderowi Hamasu Haledowi Maszalowi, ale potem dali się złapać jordańskiej drogówce.
W zamian za uwolnienie obu pechowców Izrael musiał dostarczyć do Ammanu błyskawicznie odtrutkę, dzięki której Maszal otworzył znów oczka na świat, a b. prezydent USA Jimmy Carter mógł go teraz odwiedzić w Damaszku. Na Bliskim Wschodzie cudowni ozdrowieńcy nie są już jednak traktowani jako celebrities, a wręcz przeciwnie /-/.
Carter nie zdaje sobie oczywiście sprawy z tych zawijasów regionalnych, o czym świadczy też jego ostatnia książeczka pt. Palestyna: pokój, nie apartheid- sprowadzająca problemy BW do poziomu trawy ew. orzeszków ziemnych. Nic dziwnego, że w Izraelu nikt poza mediami nie chciał z nim gadać, a jego wycieczka zakończyła się pełną klapą.
Porażka nie dotyczy tylko Cartera (i lewego skrzydła Demokratów), lecz całej liberalno-lewicowej koncepcji dialogu z najgorszymi skurwielami, byle tylko ci zechcieli rzucić jakiś ochłap. Takim “ochłapem” jest zgoda Maszala na przekazanie “drugiego listu” od uprowadzonego przez Hamas prawie 2 lata temu izraelskiego żołnierza Gilada Szalita.
Przypuszczalnie spotkanie Carter-Maszal nie utoruje drogi rwącym się do takich kontaktów innym wysłużonym “socjaldemokratom” z Europy i powiedzmy…Oceanii. Byłby to taki sam błąd, jakiego o mało nie popełnił w 1979 r. Carter, gdy wzdragał się przed podpisaniem izraelsko-egipskiego układu Camp-David w obawie, że ugodzi on w Palestyńczyków.



Komentarze
Pokaż komentarze (21)